Dążenie do zero-waste – część 5. – podróże

Podróżowanie zgodne z duchem zero-waste to z jednej strony dosyć łatwy temat, a z drugiej chyba ten, gdzie my osobiście mamy najwięcej wpadek. Po pierwsze, podróże, o ile wykorzystują jakikolwiek środek transportu napędzany czym innym niż pracą własnych mięśni – nie są zerowaste. Ja od razu się przyznam – podróżujemy głównie samochodem. Od czasu do czasu, na bardziej planowane wycieczki wybieramy pociąg, co samo w sobie jest niesamowitą atrakcją dla dzieci. Jednak większość wyjazdów jest u nas albo zupełnie spontaniczna  – najczęściej jako wynik dyskusji przy śniadaniu:

-o rany…ale bałagan, wypadałoby posprzątać

-to może pojedziemy do Torunia?

Część jest mniej więcej spontaniczna – wiemy, że w dany weekend pojedziemy, ale do końca nie wiemy, gdzie. Decydujemy się dosłownie moment przed wyjściem z domu. Z reguły nie mamy więc czasu na zaplanowanie zbiorowego transportu i pozostaje nam samochód. Nie ukrywam także, że wynika to częściowo z naszej wygody – przy trójce dzieci swoboda decydowania gdzie, kiedy i w jakim tempie pojedziemy, jest niezwykle ważna. W swoim wpisie chcę jednak skupić się na innych, nie związanych z wyborem środka transportu, aspektach – głównie związanymi z jedzeniem podczas takich wycieczek.

Woda

Niezależnie od tego, jak krtka jest wycieczka, u nas zapas wody to konieczność. Na krótkie wycieczki  przed wyjściem z domu napełniamy dzieciom bidony, a dodatkowo bierzemy wielorazową butelkę o pojemności 0.7l jako źródło wody dla nas i potencjalnie jako zapas uzupełniający. Jeśli wyprawa ma być całodzienna zabieramy jeszcze dodatkową wielorazową butelkę z zapasem. Zdarza się nam, że wody zabraknie i wtedy kupujemy w butelce plastikowej. Czasami uda nam się znaleźć jakieś żródełko z wodą oznaczoną jako pitna i wtedy tam uzupełniamy bidony i butelki. Wiem, że teoretycznie woda z kranu powinna być pitna. Szczerze mówiąc, o ile u siebie w domu nie miałabym oporów by pić nawet nieprzefiltrowaną kranówę, to nie mam zaufania do stanu rur w nieznanych mi miejscach, dlatego takiej wody, o ile nie jest przegotowana – nie pijemy. Gdy podróżujemy z nooclegiem wieczorem zagotowujemy czajnik wody, tak by rano mieć wystudzoną, gotową do nalania.

Bidony dzieci są plastikowe. Wolałabym metalowe, najchętniej z filtrem (to zlikwidowałoby problem uzupełniania wody w trasie), ale dopóki nasze nie dokonają żywota, nie planuję ich kupować.

Kawa, herbata, napoje ciepłe

Jeśli chodzi o napoje ciepłe to korzystamy z półlitrowego termosu kupionego w Biedronce kilka lat temu. Jest już odrapany, ale nadal świetnie trzyma temperaturę i nie przecieka. korzystamy z niego głównie zimą – zabieramy herbatę, ziółka lub kawę Inkę.

Oprócz tego mamy kubki termiczne Contigo, które mogę polecić z czystym sumieniem – wytrzymują mniej niż termos, ale spełniają nasze oczekiwania. W nich podróżuje kawa. A właściwie „w nim”. Znamy się trochę na fizyce i wiemy, co robić, by napój jak najdłużej był ciepły. Kubki Contigo są dosyć duże – większe niż ilość kawy, którą chcemy wypić w trasie. Lepiej jest zabrać jeden kubek pełen kawy, niż dwa wypełnione w połowie. My pijemy kawę z mlekiem, które przed dolaniem do kawy podgrzewamy i spieniamy. Warstwa spienionego mleka działa jako dodatkowa izolacja chroniąca przed utratą ciepła. Kubki Contigo są naprawdę dobrze izolowane, ale ciepło ucieka przez wieczko.  Zakładam, że to „problem’ większości kubków, więc patent z cieplym, spienionym mlekiem sprawdzi się także przy pojemnikach innych firm. Mleko może oczywiście być roślinne – ważne tylko by dobrze się spieniało. Pianka oczywiście o jakimś czasie opada, ale przedłuża czas gdy kawa jest gorąca.

Przegryzki

Wiem, w samochodzie nie powinno się jeść, a już szczególnie nie powinny robić tego dzieci. Staram się, by nawet przegryzki były jedzone podczas postojów, by nie ryzykować zakrztuszenia lub zadławienia. Ale przyznaję się bez bicia, że zdarza się, iż dzieci jedzą także w samochodzie. Jako przegryzki po drodze bierzemy zwykle to, co mamy pod ręką. Bardzo często są to jakieś resztki ze śniadania – placki, naleśniki lub pokrojona pieczona owsianka. Praktycznie zawsze mamy w domu jabłka; przed wyjściem kroję je w kawałki i pakuję do pudełeczka. Nasze dzieci niestety nie jedzą prawie wcale kanapek – bierzemy im więc czasem same suche bułki lub kromki chleba. Nie jest to na pewno pełnowartościowy posiłek, ale pierwszy głód pozwala zabić.

 

View this post on Instagram

 

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy: ⏺Chlebek bananowy 🍞 🍌 ⏺Kawę zbożową ☕🌾 ⏺Jabłka w kawałkach 🍎 ⏺ Pomarańcze 🍊 ⏺Wodę gazowaną własnej „produkcji 🚰 ⏺Proziaki z pastą fasolową i kiełkami 🌮 Oraz ⏺Nasiona kwiatów miododajnych 🌸🌻🌷🌺💐 Cały czas waham się co do posiadania pszczół, szczególnie, że ule stałyby prawie 100km od domu. Póki co staram się po prostu „zrobić pszczołom dobrze” i sieję kwiaty gdzie się da. Szczerze mówiąc, nie potrzeba do tego jakiejś szczególnej mieszanki – dobrze po prostu tak dobrać rośliny by miały szanse rosnąć tam, gdzie chcemy je posiać. Zaletą gotowej mieszanki jest to, że rośliny ma tak dobrane, by zapewnić pokarm pszczołom od wczesnej wiosny do późnej jesieni. #wycieczka #weekend #wyprawa #zerowaste #prowiant #pszczoła #pszczoły #ul #pasieka #nasiona #kwiaty #dardlapszczół #kwiatymiododajne #roślinymiododajne

A post shared by Rodzina Daje Radę (@rodzinadajerade) on

Posiłki

Staramy się by dzieci zjadły chociaż jeden ciepły posiłek w ciągu dnia. Jeśli wycieczka ma być całodniowa lub dłuższa jemy po prostu w restauracjach.

Jeśli wiemy, że gdzieś nie będzie możliwości zjedzenia sensownego posiłku, to staram się go zabrać ze sobą. Na szybko robię jakąś frittatę lub inne danie, które da się zrobić w 20-25 minut.  Bywa, że zabieramy ze sobą zupę w słoiku – zapakowana w torbę termiczną lub chociaż zawinięta w kocyk z reguły jest zupełnie ciepła po 1.5- 2 godzinach. Przetestowałam to wiele razy w ciągu roku, gdy jechaliśmy gdzieś w plener bez infrastruktury. Brałam zwykłe szklane miseczki i łyżki z domu. Kilka razy w tym roku piekliśmy podpłomyki na ognisku (mamy specjalną szamotową płytę, którą woziliśmy ze sobą). Posilaliśmy się także ziemniakami z ogniska.

 

View this post on Instagram

 

O, tu dzieci jedzą pomidorówkę podczas wyprawy nad rzekę

 

View this post on Instagram
 A tu robimy podpłomyki

 

Jak sobie radzić z jednorazowymi naczyniami?

Wiem, że wiele osób interesujących się tematyką zero waste nosi ze sobą własne sztućce, a często i naczynia, na wypadek gdyby jedzenie serwowane było na jednorazówkach. My tego nie robimy – po prostu nie jemy w miejscach serwujących posiłki w naczyniach jednorazowych. Nie przyszło to nam jakoś trudno. Przez cały rok mieliśmy chyba tylko jedną wpadkę, gdy okazało się, że coś, co braliśmy za zwykłą restaurację, serwowało posiłki na plastiku, a my nie mieliśmy nic własnego.

Przed zamówieniem dań w nieznanym miejscu dopytujemy o wielkość porcji, tak byśmy byli w stanie zjeść wszystko. Ponieważ dzieci są małe i często nie byłyby w stanie zjeść całej porcji, kupujemy jakieś zestawy kombinowane i dzielimy się nimi. Nie mamy więc problemów z nadmiarem i nie musimy prosić o zapakowanie czegoś na wynos ( w razie czego mamy pudełka po przygotowanych na drogę przegryzkach, ale skorzystaliśmy z nich chyba tylko raz). Dla Najmłodszego zabieramy silikonową talerzyko-tackę, tak by było mu na czym podać jedzenie dla niego.

Zero-waste gadżety podróżne

Nie mamy ich wiele. Tak jak pisałam -jeśli planujemy gdzieś posiłek wymagający własnych talerzy, bierzemy je po prostu z domu (przyznam się od razu – mam kilka paskudnych, odziedziczonych jakoś miseczek i talerzyków. Chciałabym w sumie zastąpić je czymś ładniejszym, ale od kiedy jeżdżą z nami na wycieczki i na działkę nie stłukła się ani jedna). W domu korzystamy z wielorazowych stalowych rurek do smoothies i koktajli, ale raczej nie wozimy ich ze sobą. Odmawiamy po prostu rurek plastikowych (w niektórych restauracjach rurki dzieciom są podawane niemalże automatycznie). Dosłownie kilka razy zdarzyło się, że zapomnieliśmy zastrzec braku rurki, lub kelner był po prostu szybszy. Jeśli podane rurki były zapakowane próbowaliśmy negocjować z dziećmi pozostawienie ich takimi. Z rożnym skutkiem oczywiście.

Mamy plastikowe bidony dla dzieci, dwie butelki na zapas wody (jedna plastikowa, jedna metalowa), termos oraz torbę termiczną. Gdybym miała coś do tego zestawu dokupić byłyby do butelki z filtrem oraz duży obiadowy termos. Jeśli chodzi o butelki będę czekała aż bidony się zużyją, termos najprawdopodobniej kupię przed najbliższym sezonem wyjazdów plenerowych. Być może gdy nasze wycieczkowe miseczki się wytłuką (ale zgodnie z prawami Murphy’ego najwyraźniej nie zamierzają tego zrobić) to kupię zestaw naczyń bambusowych lub z jakiś innych w miarę ekologicznych materiałów (ale tu sporo researchu mnie czeka, by nie wpaść w szpony greenwashingu producentów…)

Bilety

Staram się, tam gdzie się da, kupować bilety w formie elektronicznej. Takie bilety są dostępne w coraz większej ilości miejsc. Wcześniejszy zakup biletu przez Internet często pozwala uniknąć kolejek, a zdarza się, że takie bilety są też tańsze. Jeśli dostajemy papierowe bilety staramy się je jakoś wykorzystać do prac plastycznych – w zależności od ich formy, wielkości  i gramatury papieru kończą jako wycinanki, fragmenty prac lub origami.

Pamiątki z podróży i drobiazgi dla dzieci

Wiele osób ma problem z nadmiarem różnego rodzaju pamiątek z podróży. Szczególnie Ci, którzy posiadają dzieci… Biorąc pod uwagę czas trwania wyjazdu (a właściwie stosunek „ilość durnostojek”/”czas wyjazdu” jeszcze gorzej wypadają wizyty na festynach i jednodniowe wycieczki.

My radzimy sobie z tym zaskakująco dobrze trzymając twardą politykę braku precedensów. Nigdy nie kupiliśmy dzieciom żadnych drobiazgów na festynach, na straganach, odpustach i tego typu miejscach. Ponieważ nigdy nic nie dostały, nigdy o to nie proszą.  Kupujemy ewentualnie jakieś słodycze, regionalne przysmaki, ciastka, ale nie zabawki, pamiątki i duperele. Być może nastąpi taki dzień, gdy dzieci zażądają stanowczo jakiegoś śmieciowego zakupu – mam nadzieję, że uda nam się wtedy uniknąć konfiktu. Póki co – mamy spokój 🙂

Z wakacji przywozimy dla nas jakieś lokalne produkty spożywcze i przysmaki, dzieci do niedawna przywoziły muszelki i kamienie (dużo kamieni, a właściwie bardzo, bardzo dużo kamieni). W tym roku przedszkole trochę nam to zaburzyło. Wyjeżdżaliśmy w październiku – dzieci już we wrześniu załapały się na zajęcia o wakacjach, na które dzieci przynosiły m.in. pamiątki. Nasze przedszkolaki zapowiedziały więc nam, że z tych wakacji chcą jakieś kupne pamiątki, a nie tylko „znajdy”. Zgodziliśmy się. Przez całe wakacje dzieci miały oglądać pamiątki, tak by pod koniec wyjazdu wybrać jedną. Sporo dyskutowaliśmy na temat sensowności niektórych pamiątkowych przedmiotów; nie narzucaliśmy niczego, staraliśmy się po prostu delikatnie nakierować dzieciak tak, by wybrały coś, co nie stanie się szybko śmieciem. Muszę przyznać, że się udało. Obydwoje wybrali praktyczne pamiątki wykonane z drewna.

Latanie

Latanie samo w sobie nie jest zero-waste, ale ani nie chcę, ani nie mogę z niego zrezygnować (chocia w sumie przez ostatni rok, ze względu na urlop macierzyński nie latałam w ogóle). Biorąc pod uwagę ślad węglowy, to co się robi w samolocie nie ma wielkiego znaczenia 😉 Ale z drugiej strony – po co dokładać śmieci? Kilka moich sposobów, by podróż samolotem była chociaż odrobinę bardziej ekologiczna.

-Od kiedy było to tylko możliwe zawsze wybierałam elektroniczną wersję biletu. Trzeba tylko pamiętać by telefon był naładowany.

-Biorę jak najmniej rzeczy i na krótkie wyjazdy pakuję się tylko w bagaż podręczny (szczerze mówiąc, głównie ze względu na oszczędność czasu, ale przy okazji unikam taśmy doklejanej do nadawanego bagażu oraz eliminujęryzyko jego zaginięcia)

-Zawsze biorę ze sobą PUSTĄ butelkę na wodę (u mnie to ta sama, w której bieżemy zapas wody na wycieczki). Na chyba wszystkich lotniskach, na których byłam udało mi się znaleźć miejsce, gdzie można ją było napełnić.

-Podczas krótkich lotów, jeśli są serwowane rezygnuję z przekąsek i napojów. Mam własną wodę, a przecież podczas dnia bez problemu wytrzymuję trzy godziny bez przekąsek

-Podczas długich lotów jednak decyduję się na serwowane w samolocie posiłki (chociaż niektóre z nich, nie mają wiele wspólnego z właściwym odżywianiem. Nie dane mi jeszcze było podróżować liniami, które serwują naprawdę smaczne i zdrowe posiłki). Jeśli pasażer nie zje posiłku, jest on i tak wyrzucany –  lepiej więc go zjeść by uniknąć marnowania żywności.

 

W poprzednich wpisach z tej serii podzieliłam się swoimi sposobami na redukcję ilości śmieci w związku z:W poprzednich wpisach z tej serii podzieliłam się swoimi sposobami na redukcję ilości śmieci w związku z: