Planowanie posiłków w praktyce

U Oszczędnickiej kończy się wyzwanie planowania posiłków. Mimo, że nie załapiecie się już na nie sugeruję zapisać się do newslettera i przejrzeć dyskusje na związanej z wyzwaniem Facebookowej grupie. Podejrzewam też, że to nie ostatnie tego typu wyzwanie, w którym można wziąć udział.  W międzyczasie postanowiłam  podzielić się tym, jak planowanie posiłków wygląda u nas, by was zmotywować do podjęcia wyzwania.

Moja historia związana z planowaniem posiłków nie ma dramatycznego początku typu „nigdy nie lubiłam zastanwiać się, co ugotować dzisiaj na obiad” lub „decydowanie się na to, co zjeść na obiad to była u nas ciągła walka”. Nie – szczerze mówiąc, nigdy nie miałam problemów z tym, co ugotować. Mam szerki repertuar dań, znam preferencje swojej rodziny, lubię eksperymentować. Nie jest  to także historia typu  „każdego tygodnia wyrzucałam całe kilogramy żywności, która się zepusła” lub „moja lodówka jest tak pełna, że nie wiem, co w niej jest”. Od kiedy pamietam gotowałam raczej efektywnie wykorzystując resztki, nie robiliśmy nigdy wielkich zakupów i co prawda w naszej lodówce zawsze można znaleźć coś oprócz światła i lodu (lodu to w sumie chyba nie ma – ma system no-frost, który najwyraźniej się sprawdza ;)), ale zdecydowanie mamy kontrolę nad tym, co się tam znajduje. Od czasu do czasu zapleśnieją nam resztki dżemu lub jakiegoś dania, które ktoś zostawił „na później”, które nigdy nie nadeszło,  ale ogólnie marnujemy mało żywności.

Planowanie posiłków zaczęło się u mnie wraz ze stopniową zmianą diety. Żywimy się obecnie w dużej mierze roślinnie, a nasze posiłki bardzo często oparte są na strączkach. A strączki są fantastyczne, ale z reguły ich użycie trzeba zaplanować z conajmniej 12-to godzinnym wyprzedzeniem, tak by zdążyć je namoczyć oraz ugotować. Przez jakiś czas posiłkowałam się awaryjnie fasolą lub ciecierzycą w puszce, ale że staramy się ograniczyć ilość śmieci, preferuję samodzielne gotowanie warzyw. Gdy zaczęłam planować część posiłków łatwo było mi to rozszerzyć planowanie na kolejne. Natomiast te początki z planowaniem posiłków cały czas były dosyć chaotyczne. Zdarzały mi się zrywy dokładniejszego lub dłuższego planowania posiłków, m.in brałam udział w poprzednim Oszczędnickim wyzwaniu. Muszę przyznać, że to bardziej długoterminowe planowanie średnio się u nas sprawdzało – wydawałoby się, że mamy bardzo uporządkowane plany dnia (jestem teraz na urlopie macierzyńskim), ale okazuje się, że wbrew pozorom są one dosyć zmienne, a na dodatek mamy sporo czynników „zaburzających”. Czasami, któreś z nas nie może zjeść obiadu w domu, gdyż np. ma nagłe spotkanie z klientem lub po prostu gdzieś utknie (np. na kawie u koleżanki). Bywa, że dzieci wrócą głodne z przedszkola i zjedzą nam obiad planowany na kolejny dzień. Dosyć często mamy niespodziewanych gości, a do tego często Ci goście wpadają do nas z własnymi przedszkolakami. Część tych przedszkolakow to niejadki, ale niejadki te tajemniczo zmieniają się w „jadki” i potrafią z nienacka wyczyścić lodówkę i to z dosyć przypadkowych rzeczy ;). Wiadomo, że podstawą dobrego planowania jest pewna elastyczność, ale u nas ta potrzeba elastyczności była tak duża, że jasne stało się, że długoterminowe plany nie są dla nas; planuję więc teraz posiłki na mniej więcej trzy dni.

Które posiłki planuję?

Nasze śniadania są dosyć powtarzalne i bazują na „żelaznym zestawie” produktów, które prawie zawsze mam w domu. Jemy naprzemiennie owsianki, jaglanki, naleśniki, jajecznicę, twarożek, kaszę na mleku, omleta, czasami kanapki. Śniadań w związku z tym nie planuję – któreś z tych dań zawsze da się przygotować w oparciu o to, co mam w szafkach; ewentualnie planuję je częściowo – zakałdając np, że do śniadania wykorzystamy zakupione owoce lub jakieś resztki posilków z poprzednich dni.

Planuję część kolacji, natomiast w pozostałe dni dojadamy resztki z obiadu lub jemy coś z „żelaznego zestawu”  (są to często dania typu szakszuka lub grilowane warzywa). Dzieci na kolację najczęściej dostają koktajl, smoothie lub placki – tych dań także nie planuję, gdyż na któreś z nich zawsze mam w domu składniki.

Czyli w praktyce planowanie ogranicza się do obiadów, plus dbanie o to, by mieć kilka podstawowych produktów, z których można wyczarować śniadanie lub kolację.

Nasz schemat zakupów

Jednym z powodów, dla których planuję posiłki jest optymalizacja zakupów. Staram się ograniczyć ilość wypadów do sklepu – szkoda mi na to czasu i pieniędzy. Bardzo dużą część zakupów robię online. Jednak produkty takie jak chleb, warzywa i owoce, część nabiału wolę kupować na bieżąco w lokalnych sklepach. Obecnie nasz schemat zakupów wygląda mniej więcej tak:

Częstotliwość Co Gdzie
Raz na 2-3 miesiące Mąki, kasze, strączki, płatki, suszone owoce, przyprawy Sklep Internetowy
Raz na 2 miesiące Kawa, herbata Producent/sklep Internetowy
Raz na miesiąc Oleje, masło orzechowe itp Przy okazji innych zakupów – dyskont, sklep Internetowy
Raz na tydzień Makaron, przeciery pomidorowe, puszki, mrożonki, warzywa korzeniowe, cebula, niektóre przyprawy Lokalny sklep
2-3 razy w tygodniu Chleb, mleko, jajka, nabiał, owoce, warzywa Lokalny sklep/producent
~codziennie owoce w sezonie Lokalny sklep

 

Dzięki temu w naszej spiżarni zawsze jest „żelazny zestaw” pozwalający na przygotowanie prostego posiłku. Na bieżąco kupuję chleb, mleko, owoce, warzywa. Raz w tygodniu nasze zakupy są ciut większe – uzupełniam wtedy jakieś braki, kupuję dłużej przechowujące się warzywa. W sumie tylko w sezonie letnim robię zakupy codziennie lub prawie codziennie kupując świeże owoce i warzywa na przetwory. Mam tygodniową listę zakupów – zwykły świstek papieru na którym notuję co się skończyło i co trzeba uzupełnić.  Biorę tę listę na te bardzie codzienne zakupy i jeśli trafię na jakąś okazję cenową to dorzucam do koszyka – jeśli nie – produkt z reguły czeka po prostu na większe zakupy.

Jak planuję posiłki?

Przedstawię swoje planowanie w ujęciu tygodniowym. Planowanie zaczyna się u mnie w niedzielę.

Niedziela

Krok 0. W prawie każdą niedzielę gotuję bulion. Zaczynam go robić gdzieś na etapie przygotowywania śniadania – obieram warzywa, dorzucam często jakieś resztki warzyw zebrane w ciągu tygodnia i pakuję do szybkowaru. Dzięki temu nawet jeśli jedziemy na jakąś wycieczkę zanim zjemy śniadanie, wypijemy kawę, ogarniemy dzieci mam gotowy gar bulionu. Stanowi on podstawę naszych posiłków w ciągu tygodnia. Bulion przelewam na gorąco do butelek, a gdy wystygną pakuję do lodówki (to dosyć często robię dopiero wieczorem).

Krok 1. Inspekcja zapasów. Sprawdzam, czy mam jakieś produkty do szybkiego wykorzystania. Będę starała się je wykorzystać do poniedziałkowego obiadu. Zaczynam tworzyć listę zakupów – dobierając produkty pod kątem tego pierwszego zaplanowanego posiłku

Poniedziałek

Krok 1. Idę na zakupy dolokalnego sklepu. Akurat w tym sklepie dwa razy w tygodniu pojawiają się bardzo dobre promocje na warzywa i owoce. Analizuję je i myślę, czy chcę z nich tworzyć menu na najbliższe 2-3 dni. Robię odpowiednie zakupy.

Wtorek

O ile nie mamy chęci na jakieś sezonowe owoce, nie muszę robić żadnych zakupów.

Środa

Krok 1. Analizuję, czy mam wszystkie produkty do przygotowania obiadu. Jeśli nie – tworzę listę i zaczynam planować posiłki na dalszą część tygodnia. I tak najczęściej muszę iść do sklepu po chleb/nabiał/owoce

Krok 2. Planuję posiłki na czwartek i piątek. Robię listę zakupów.

Czwartek

O ile nie mamy chęci na jakieś sezonowe owoce, nie muszę robić żadnych zakupów.

Piątek

W piątek planujemy, co będziemy robić w weekend i w zależności od tego decyduję gdzie i co, będziemy jeść, a także, czy tego czy zakupy robimy tego dnia, czy w sobotę.

Sobota

Albo gotuję zaplanowany posiłek, albo wspólnie z dziećmi ustalamy, co chcemy jeść na obiad w weekend. Razem robimy listę zakupów i razem idziemy do sklepu. W sobotę bardzo często gotuję na dwa dni, by nie marnować zbyt wiele czasu w kuchni.

Czego używam do planowania posiłków?

Moje planowanie jest dosyć minimalistyczne. Nie używam żadnego planera, ani aplikacji. Planuję posiłki jako listy zakupów i notuję je najczęściej na drugiej stronie paragonu lub innego świstka. Czasami na jednym świstku mieści mi się cały tydzień, czasami tylko pół. Część planowania robię tylko w głowie – gdy np. będąc na zakupach uznam, że chcę zmienić plan i pod nowy plan kontunuuję zakupy.

Nawyki związane z planowaniem posiłków

Gdy planuję posiłki kieruję się kilkoma zasadami:

  • Minimalizacja czasu w kuchni. Często gotuję posiłek na dwa, lub nawet więcej dni. Ponieważ mimo wszystko lubimy urozmaicenie, jeśli potrawy wyjdzie mi na więcej niż dwa dni, część zamrażam i traktuję jako danie na awaryjne sytuacje, gdy plan nie wypali lub gdy z jakiś powodów nie ma czasu na gotowanie
  • Minimalizacja zużycia energii i wody. Gdy do posiłku potrzebna jest fasolka, ciecierzyca, kasza jaglana lub nawet ziemniaki z reguły gotuję ich więcej i wykorzystuję w kolejnym daniu. Dzięki temu zużywam mniej energii elektrycznej i wody, a przy okazji w pewnym sensie łatwiej zaplanować kolejne posiłki bo wiadomo, co musi być w nich użyte
  • Tworzenie łańcuchów dań. To nawyk związany z poprzednim podpunktem. Staram się tak planować by część posiłku wykorzystać do następnego. Np. gdy gotuję bulion zostają mi warzywa. Z tych warzyw robię pasztet. Do pasztetu potrzebna jest mi kasza jaglana. Gotuję jej więcej i mam podstawę do jaglanki na śniadanie. Jeśli ze śniadania coś zostanie z tych resztek robię placki lub wmiksowuję do koktajlu. Podobnie ma się sprawa z zakupami. Jeśli np. do jakiegoś dania potrzebne jest pół kalafiora od razu planuję, jak wykorzystać drugą połowę, a z kolei zakupy niezbędne do przygotowania tego dania próbuję wkomponować w kolejne posiłki
  • Dania „sprzątanie lodówki”. Praktycznie w każdym tygodniu jemy chociaż jedno danie, do którego można wrzucić niemalże każde resztki czy to produktów, czy nawet gotowych dań. Takie dania to najczęściej zapiekanki, pasztety warzywne, kaszotto, zupy a’la gulasz.

Dodatkowo w naszym przypadku staramy się, by przygotowywane dania, lub chociaż ich części mógł jeść także nasz najmłodszy (obecnie 9-cio miesięczny syn), tak by nie trzeba było dla niego gotować osobnych posiłków.

Planowanie posiłków w praktyce

Poniżej przedstawiam jak planowanie posiłków wygląda u nas w praktyce – na przykładzie menu z porzedniego tygodnia.

Niedziela

Rano ugotowałam bulion. Obiad akurat tego dnia zjedliśmy na mieście. Wieczorem zjedliśmy placki z jabłkami i koktajl truskawkowy. Zrobiłam przegląd lodówki i szafek. Okazało się, że do szybkiego zjedzenia mamy dużego pora oraz selera naciowego, zakupionego do kiszenia, a także sporo pieczarek, które akurat rzutem wyrosły w naszej piwnicowej hodowli. Postanowiłam zrobić zupę porowo-ziemniaczaną z selerem, natomiast pieczarki użyć wraz z warzywami z bulionu do pasztetu warzywnego. Do pasztetu ugotowałam także kaszę jaglaną, której nadmiar będzie stanowił podstawę poniedziałkowej jaglanki. Zrobiłam także listę zakupów. Akurat żaden z zaplanowanych posiłków nie wymagał dokupienia niczego, ale postanowiłam uzupełnić trochę inne zapasy.  Zupę powinna wystarczyć na dwa dni; podobnie jak pasztet – założyłam, że będziemy go jeść na kolację lub gdzieś między posiłkami.

planowanie posilkow dzien 1

 

Poniedziałek

Poszłam na zaplanowane zakupy i sprawdzić, czy w moim lokalnym sklepie są jakieś fajne promocje na warzywa, które mogłyby stanowić oś planowania posiłków na kolejne dni. Niestety nic ciekawego nie było. Posilki zjedliśmy  zgodnie z planem – na śniadanie zapiekana jaglanka, na drugie śniadanie odrobina pasztetu, na obiad zupa. Dzieci na podwieczorek zjadły owoce, a na kolację koktajl z mrożonymi borówkami. My na kolację zjedliśmy pasztet i jakieś przegryzki ze spiżarni. Zakupiony jogurt został częściowo zużyty do koktajlu, a część została użyta jako starter do produkcji kolejnego jogurtu.

Zrobiłam plan na kolejne dni. Zaplanowałam tartę botwinkową, która miała starczyć na dwa dni, natomiast pozostałe posiłki miały powstać z tego, co już jest w domu (w tym założyłam, że zrobię pastę z prażonego słonecznika do kanapek).

planowanie posiłków - dzień drugi

Wtorek

We wtorek zrobiłam zaplanowane zakupy (plus trochę owoców). Posiłki udało nam się zjeść zgodnie z planem. Na śniadanie zjedliśmy jajecznicę, na kolację dzieci dostały bananowy budyń jaglany, a my kanapki.

Środa

W środę nie musiałam robić żadnych zakupów. Zjedliśmy zaplanowane posiłki i przygotowałam plan na kolejne dni. Znowu założyłam, że obiad powinien starczyć na dwa dni. W piątek w przedszkolu był Dzień Matki i Ojca, w ramach którego mieliśmy przynieść jakiś poczęstunek. Postanowiłam zrobić wegańskie bezy, do których potrzebna była woda z gotowania ciecierzycy. W związku z tym zaplanowałam dla nas ciecierzycę po bretońsku, a z nadmiaru ugotowanych ziaren, zaplanowałam hummus. Na kolację mieli do nas wpaść znajomi, a że wiedziałam, iż po przedstawieniu nie będzie zbyt wiele czasu, a dzieci nafaszerowane cukrem mogą mieć problem z zaśnieciem, uznałam, że pizza będzie dobrym wyborem. W międzyczasie wyprodukowany samodzielnie jogurt został zjedzony, a zapomnieliśmy zostawić resztkę do dalszej produkcji, więc na liście zakupów na czwartek pojawił się także jogurt.

planowanie posiłkow - dzien trzeci

 

Czwartek

Zrobiłam zaplanowane zakupy. Nastawiłam jogurt i upiekłam bułki na kolację i piątkowe śniadanie.

Piątek

Zjedliśmy posiłki zgodnie z planem. Na śniadanie placki na jogurcie, a reszta – tak, jak planowaliśmy.

Sobota i niedziela

Dzieci zażądały pomidorówki, mi natomiast zamarzył się pieczony kalafior. Poszliśmy na zakupy i przygotowaliśmy zupę. Zajęło nam to więcej czasu niż się spodziewaliśmy, a ponieważ mieliśmy jechać do mojej mamy, odpuściliśmy gotowanie drugiego dania. U mojej mamy, zamiast spodziewanego ciasta był także obiad. Ponieważ odmówiliśmy zjedzenia dwóch dań, zupę dostaliśmy na wnos. Tym samym odpadło nam planowanie posiłków na niedzielę, zostaliśmy więc z kalafiorem do wykorzystania w kolejnym tygodniu.

Planowanie posiłków – podsumowanie

Jak widzicie nasze planowanie posiłków jest bardzo proste, ale mimo że nie jest bardzo długoterminowe daje nam szereg korzyści:

  • usprawnia zakupy – od razu jest jasne, co należy dokupić. Kupujemy tylko to, co jest potrzebne, a z kolei nie musimy robić zakupów codziennie
  • nie marnujemy żywności – zaplanowane posiłki uwzględniają konieczność dokończenia jakiegoś produktu, lub części dania, a dzięki temu, że nie wszystkie posiłki są zaplanowane mamy pewną elastyczność i okazję do wyjadania resztek
  • uzględniamy preferencje żywieniowe członków rodziny, ale równocześnie unikamy kłótni o to, że nie ma znowu pomidorówki/krupniku/rosołu
  • oszczędzamy czas związany z gotowaniem – często mamy posiłki na więcej niż jeden dzień, lub mamy chociaż gotowe półprodukty do gotowania kolejnego dania

Nasz schemat planowania posiłków ustablizował się teraz, gdy jestem na urlopie macierzyńskim, ale nie sądzę by bardzo uległ on zmianie jesienią, po moim powrocie do pracy. I tak większość posiłków gotuję wieczorem, a z kolei wracając z pracy łatwiej jest mi zrobić zakupy – nie mam wtedy osobnej wybrawy, tylko wpadam do sklepu, który i tak mijam w drodze do domu. Jestem więc pewna, że mimo, że nasza sytuacja jest dosyć specyficzna taki rodzaj planowania posiłków można zaadaptować łatwo do każdych warunków.

To jak – spróbujecie planowania?

 

  • Ja ciągle nie mogę się zgrać z tym, żeby wykorzystywać produkty. W sensie mam problem z dobrym dobraniem proporcji ilościowych.

    Moje pierwsze pytanie czy bulion wlewasz w plastikowe butelki czy w szklane? Czy można do tego wykorzystać np. foremki do muffinek- pytam bo my jesteśmy 2 osobowa rodzina i nie wiem jak to fachowo przeliczyć, żeby nie marnować bulionu.

    Drugie pytanie: bardzo proszę na przepis na pasztet z warzywami i kaszą jaglaną, pastę ze słonecznika i KONIECZNIE bułeczki 😉

    • Bulion wlewam w szklane – po passacie pomidorowej, a jakieś resztki najczęściej wlewam do słoika.Pomysł z foremkami jest bardzo dobry – możesz też wlewać do foremek na kostki lodu – gdy się zamrożą przesyp po prostu do pudełeczka lub torebki z zamknięciem i dorzucaj po kilka „kostek” do innych dań. Moja mama bulion wlewa po prostu do pudełka po lodach i tak mrozi ale to się sprawdza, gdy chce się potem mieć znowu dużo bulionu na raz. Moim zdaniem foremki to lepszy pomysł przy dwuusobowej rodzinie.
      Gdy wlewam do butelek na gorąco, one się zasysają i teoretycznie nie trzeba ich trzymać w lodówce. Ja na wszelki wypadek trzymam.
      Jeśli chodzi o pasztety – ja nie mam konkretnego przepisu – to typowe danie „na winie” – co się nawinie to do pasztetu. Mam już taką wprawę, że jestem w stanie ocenić konsystencję na bieżąco i dobrać pozostałe składniki tak by ją poprawić. Na początek polecam Ci zrobienie kilku pasztetów z Jadłonomii – ja tak zaczynałam. Jak zrobisz kilka będziesz wiedziała, czy wolisz te oparte na kaszy, czy na soczewicy, czy na fasoli. Przepisy Marty są bardzo dopracowane i nie ma szans by coś nie wyszło. A przepis na bułeczki chętnie wkrótce podam

      • Spróbuję z woreczkami na lód. Moja mama wyjeżdża na weekend więc będę mogła eksperymentować w kuchni bez zbędnego gadania 😛

        Spróbuję w piątek zrobić ten pasztet z resztek warzyw z bulionu 😉

        Na bułeczki czekam – może wyślesz mi na mail mm.majszyk@gmail.com ?
        Byłabym bardzo wdzięczna 😉

        • Podam tutaj. To takie błyskawiczne bułeczki, które pieczemy, gdy o 18 zapytamy dzieci, co chcą na kolację (którą jedzą około 19) i upierają się, że muszą to być bułeczki. Są pyszne w dniu pieczenia, następnego dnia na śniadanie da się je jeszcze zjeść, a później nadają się tylko na zapiekankę lub starcie na tarce. Coś za coś – to takie niemalże awaryjne rozwiązanie. Można je zamrozić zaraz po upieczeniu, i rozmrażać tuż przed podaniem – są wtedy jak nowe.
          Na 6-8 bułeczek (tyle pieczemy dla naszej rodziny na raz – dwójka dorosłych, z czego jeden z dużym, a drugi małym apetytem i dwójka przedszkolaków, a właściwie przedszkolak i żłobkowicz):
          300g mąki (ja używam zwykłej pszennej lub orkiszowej)
          180g wody
          20g drożdży
          płaska łyżka miodu (ewentualnie cukru)
          1 łyżeczka soli
          Jajko lub mleko do posmarowania bułek (częściej mleko, bo do tej ilości jajko to z reguły za dużo )
          Coś do posypania bułek (zioła, czarnuszka, sezam, słonecznik, gruba sól, pestki dyni – często każdy ma coś innego na swoich bułkach)

          Drożdże rozcieram z miodem i odstawiam aż pojawią się bąbelki. Dodaję pozostałe składniki. Mieszam – najpierw łyżką, potem ręką. Wyrabiam ciasto. Jeśli masz robota planetarnego najlepiej to zrobić w nim. Ja nie mam i ręcznie wyrobienie ciasta zajmuje mi jakieś 6-8 minut. Ma być elastyczne i gładkie – powinno odchodzić od ręki. Odstawiam do wyrośnięcia – trwa to jakieś 40 minut. W tym czasie wykładam blachę papierem. Potem przez moment wyrabiam, dzielę na porcje i formuję bułeczki.
          I teraz są dwie opcje – albo zostawiam znowu wyrośnięcia, a w międzyczasie nagrzewam piekarnik do 200*C, albo bułeczki od razu smaruję mlekiem, posypuję i wstawiam do zimnego piekarnika, który nastawiam na 200*C.
          Częściej korzystam z tej pierwszej metody, bo mój piekarnik szybko się nagzewa i bułeczki mogą nie zdążyć wyrosnąć. Przed samym zapakowaniem do piekarnika smaruję mlekiem i posypuję dodatkami.
          Piekę jakieś 15 minut. Bułeczki powinny być lekko przypieczone.
          W zależności od piekarnika to może trwać trochę dłużej lub krócej. W piekarniku mojej mamy wymagają 20 minut. Wyciągam, studzę odrobinę – z reguły jemy je lekko ciepłe

          • Super ! Na pewno wypróbuję przepis bo na szczęście jest prosty 😀

          • Prościej i szybciej drożdżowych nie da się chyba zrobić (chociaż widziałam kilka przepisów, gdzie zamiast wyrastania ciasto wkłada się do mikrofalówki, ale nigdy nie miałam odwagi spróbować).

  • Madziejka

    Podziwiam, u mnie planowanie ciągle w powijakach. Zaplanuję 2-3 dni i okazuje się, ze muszę dojadać po domownikach bo mają na coś innego ochotę. Trójka z czwórki domowników jest na diecie bezlaktozowej, co wymaga dłuższych wycieczek do dalej położonych sklepów, gdzie te produkty czasami są a czasem nie i muszę zmieniać plany. Mam wielki problem z upodobaniami smakowymi. Mąż lubi tłusto, słono i dużo mięsa, dzieci jedzą mięsa dużo mniej, młodsze dziecko (2,5 roku) lubi kasze, makarony, strączki, warzywa, owoce – bardzo różnorodnie, starsze (10lat) od jakieś roku prawie nic nie chce jeść, ja jem mało mięsa, bazuję na warzywach, owocach, kaszach, strączkach, rybach. Z powodów zdrowotnych muszę unikać ciężkostrawnych i tłustych potraw. Planowanie posiłków to trudna sztuka, której nie potrafię opanować.

    Proszę o przepis na pasztet z kaszą jaglaną. Czy mozna go kroić czy to raczej smarowidło?

    • Oj, faktycznie masz niełatwo.
      Zacznę od końca – pasztet, to mniej więcej coś wg. przepisu z Jadlonomii:
      http://www.jadlonomia.com/przepisy/pasztet-z-recyklingu/
      Mniej więcej bo robię go na oko, z tego co mam i dosyć swobodnie dobieram dodatki.

      Jeśli chodzi o Twoją sytuację to myslę, że planowanie posiłków powinno Wam pomóc, ale musisz to zrobić rodzinnie, tak by to były plany wszystkich, a nie tylko Twoje. Być może nawet bardziej sprawdziłoby się planowanie długoterminowe. Usiadłabym z rodziną i powiedziała, że od tej pory planujemy menu, i że się go trzymamy. Wzięłabym dwie kartki z rozpisanymi dniami tygodnia i poprosiła domowników o wybranie dwóch ulubionych dań. I wpisanie ich gdzieś. W ten sposób każdy będzie miał poczucie, że jego potrzeby będą zaspokojone i łatwiej będzie zaakceptować dania wybrane przez innych. Potem podyskutujcie o innych daniach, które możecie zjeść w ciągu tych dwóch tygodni. Trochę dni zostawcie pustych – uzupełnisz je w planowaniu krótkoterminowym.
      Co do różnych preferencji – ja bym chyba zamroziła kilka dań mięsnych przy okazji ich przygotowywania i gdy np. Ty masz ochotę na pieczone warzywa, dorzucasz do nich kawałek zamrożonego kotleta dla męża. Jeśli zostanie trochę zupy – mroziłabym i dawała, gdy ktoś odmówi jedzenia zaplanowanego posiłku. Część dań starałabym się przygotowywać tak, by móc zrobić kilka różnych dań równocześnie – idealnie nadaje się do tego piekarnik. Dorzucając różne rzeczy w różnym czasie możesz równocześnie piec warzywa, tłuste mięso, chudą pierś z kurczaka itp.
      Co do laktozy – raczej nie pomogę. Rzeczy, które można długo przechowywać kupowałabym przez Internet. Gorzej z świeżymi.