Dodatki i półprodukty kuchenne które „robią robotę”

Jakiś czas temu opublikowałam „swój żelazny zestaw”, czyli listę produktów, które zawsze mam w kuchni, i które są podstawą naszego codziennego gotowania. Na Instagramie zaś dosyć często umieszczam przepisy na bardzo proste, tanie, kilkuskładnikowe dania, które można ugotować poświęcając na to aktywnie kilka, do kilkunastu minut.

Dysponuję bardzo ograniczonym czasem (teraz gdy wróciłam do pracy, mam wrażenie, że operuję w jakimś wręcz ujemnym czasie) i możliwość przygotowania pełnowartościowego posiłku w minimum czasu ma dla mnie kluczowe znaczenie. Staram się przy tym, by wszystkie dania wyglądały apetycznie i by były jak najbardziej gęste odżywczo (czyli by dostarczały jak najwięcej witamin i minerałów w przeliczeniu na kalorię). Moje zupy to najczęściej zaledwie kilka składników — pokrojonych (lub nie), podsmażonych (lub nie), ugotowanych i zblendowanych (lub nie). Wiele innych dań ma równie prosty przepis — pokroić, wrzucić do gara, doprawić i do piekarnika lub pokroić, rzucić na patelnię i podać z jakimś wypełniaczem (lub bez). W przypadku przeważającej części obiadów cena za porcję nie przekracza 5 zł, a dosyć często w tej kwocie zamyka się koszt całego obiadu.

A teraz zdradzę Wam sekret, jak to się dzieje, że mimo iż na co dzień naprawdę nie spędzam wiele czasu w kuchni, a na dodatek gotuję dosyć budżetowo, wiele dań zyskuje uznanie rodziny i zbiera pochwały, że pyszne, pełne smaku i ładne.

Po prostu, oprócz mojego żelaznego zestawu, mam w domu jakieś dodatki, które „robią robotę” i na przykład zamieniają zupę za 2 zł za porcję w wykwintne danie, którego nie odesłałoby się do kuchni w eleganckiej restauracji. Lub też takie, które powodują, że gdy wraca się z pracy do domu, gorący obiad może pojawiać się na stole jakieś 10-15 później. Łapcie długopisy i notujcie.😂

Bulion – to mój (prawie) cotygodniowy rytuał. W sobotę lub niedzielę gotuję gar bulionu, z którego część przeznaczam na weekendowy obiad, a resztę pakuję na gorąco do butelek i zużywam w ciągu tygodnia. Butla bulionu, butla przecieru pomidorowego i kilka minut i możemy się cieszyć pyszną zupą ☺.

Kostka bulionowa (mrożona) – bulion w butelkach nie zawsze wystarcza na moje potrzeby (w sumie przeważnie nie wystarcza, bo najczęściej po weekendzie mam go jakieś 1.5l). Ratuję się więc domowymi kostkami bulionowymi. Taka kostka bulionowa to także super podstawa do sosu lub sposób wzbogacenia jego smaku. Własną kostkę przygotowuje się bardzo łatwo. Warzywa bulionowe, przyprawy, cebulę podsmaża się, a następnie dusi do miękkości i uwolnienia smaku, następnie zaś blenduje z solą, dodaje przyprawy (lubczyk!!!) pakuje do pudełka i zamraża. Masa dzięki soli pozostaje dosyć miękka. Wystarczy nałożyć łyżką, wrzucić do gorącej wody i żółciutki bulionik jest gotowy. Mniejsza łyżeczka dorzucona do sosu diametralnie poprawia jego smak. Przepis na bulion w kostkach znajdziecie m.in. na Kwestii Smaku https://www.kwestiasmaku.com/przepis/domowa-kostka-bulionowa-warzywna. Swoją wersję obublikuję za jakiś czas na Instagramie

Domowa wegeta – to moje ostatnie odkrycie. W moim domu rodzinnym nie używało się tej „przyprawy” i nigdy mi jej nie brakowało. Spróbowałam zrobić, bo znalazłam przepis w najnowszej Jadłonomii. I teraz mam spory zapas, który jak się skończy to uzupełnię. Zaletą bulionu w proszku jest to, że jest bez soli i w odróżnieniu od bulionu z domowej kostki jest klarowny, co ma znaczenie przy niektórych zupach. Z proszku można dosyć szybko przygotować bulion (trochę trzeba pogotować, to nie jest przyprawa instant), lub można go używać do wzmacniania smaku, tak jak to ludzie robią z wegetą.

Prażone pestki dyni (i/lub słonecznika). Występują u mnie w wersji codziennej i luksusowej. Wersja codzienna to po prostu pestki uprażone na patelni. Jeśli akurat nie mam zapasu, to gdy nachodzi mnie ochota na danie z pestkami, robię pełną patelnię. Część dodaję do dania, a resztki przesypuję do słoika. Wersja lux powstaje w piekarniku. Najczęściej w miseczce mieszam pestki z odrobiną oliwy, solą i przyprawami (różne zioła i mnóstwo wędzonej papryki). Mieszam, wysypuję na blachę, piekę w piekarniku jakieś 15 minut mieszając od czasu do czasu. Pestki (w którejkolwiek wersji) są super dodatkiem do sałatek lub zup kremów. Zamieniają coś, co z grubsza wygląda jak paćka dla niemowląt, w eleganckie danie. Pestki w wersji lux są też super przegryzką.

Grzanki – używam ich podobnie jak pestek – do sałatek, zup. Chyba że wcześniej wyjem je jakoś tak skrytożerczo😂. Grzanki robię identycznie jak pestki w sytuacji, gdy zostanie mi za dużo chleba.

Gomasio (także z siemieniem lnianym i czarnuszką) – uwielbiam tę przyprawę. W wersji oryginalnej gomasio to rodzaj soli sezamowej. Sezam i sól (mniej więcej w proporcjach 10:1 objętościowo) praży się na patelni, a następnie blenduje. Ja robię albo z samym sezamem, albo dodatkowo dodaję jeszcze siemię lniane i/lub czarnuszkę. Posypuję tym ziemniaki (o, matko jakie to pyszne), brokuły i inne warzywa. Podaję jako dodatek do hummusu.

Kiełki – od października do maja w ciągłej produkcji. Dodaję do wszystkiego i  jem saute. Są obowiązkowym elementem kanapki, dodaję do zup, kotletów, pasztetów. No dosłownie do wszystkiego. Najczęściej hoduję kiełki rzodkiewki i lucerny, ale lubię też buraka (za kolor), słonecznik (do chrupania i do dań stir fry). Część nasion kupuje specjalnie na kiełki, a część to coś, co i tak mam w szafce kupione ze względu na inne cele kulinarne (słonecznik, soczewica, fasola mung). Dania udekorowane kiełkami nie dość, że są bardzo zdrowe, to po prostu super wyglądają. Szczególnie lubię pod tym względem kiełki buraka – ich kolor zdecydowanie dodaje uroku każdemu daniu, którym się je ozdobi.

Parmezan. Jeden z powodów, dla których weganizm nie jest dla mnie. Pojawia się w mojej lodówce cyklicznie. Najczęściej kupuję przed jakąś imprezą, a następnie przez jakiś czas dodaję do prawie wszystkiego ;). Jest pełen smaku umami i zwykły makaron zamienia w coś niebywale pysznego. Z pośród wymienionych tu dodatków parmezan wyróżnia się ceną – niestety nie jest on tani. Na szczęście wystarczy odrobina, by danie nabrało smaku.

Wegański parmezan. To zmiksowane orzechy (migdały, nerkowce lub to i to), płatki drożdżowe i sól. Świetna sprawa do posypywania zapiekanek i makaronów. Smakuje orzechowo-serowo, nie tak intensywnie jak prawdziwy parmezan, ale daje radę. 😉. Robię go, gdy nagle nachodzi mnie ochota na parmezan.

Pesto z czegokolwiek – jak zostaje mi coś zielonego (np. Kiełki) to blenduję z przyprawami i oliwą i zyskuję dodatek do dań lub podstawę obiadu (makaron, słoik pesto, jakaś posypka i gotowe). Robię pesto z naci rzodkiewki, marchewki, ziół i dzikich roślin zebranych w ogródku.

Świeże zioła. To letni dodatek do wszystkiego, Na tarasie mam niezłą hodowlę, a oprócz tego zbieram to, co mi gdzieś wyrośnie (bluszczyk kurdybanek, czosnaczek).  Zimą ograniczam się do szczypioru z cebuli, gdyż w domu jestem w stanie zasuszyć czy też wykończyć w inny sposób każdą roślinę. Regularnie próbuję jakieś domowej hodowli ale z bardzo marnym skutkiem. A szkoda, bo garstka świeżych ziół to coś, co fantastycznie poprawia walory smakowe i odżywcze. Dobry makaron, czosnek, trochę chili, świeża natka pietruszki, dobra oliwa i mamy danie, po które ręce same się wyciągają.

Crumble. Płatki owsiane, ulubione dodatki (orzechy i pestki), kapka miodu, troszkę oleju (kokosowego, rzepakowego, słonecznikowego), sok jabłkowy lub woda – wymieszać, wrzucić do piekarnika i piec przez jakieś 40 minut w 160 stopniach. Posypuję nią jogurt, dorzucam do owsianki, robię batoniki, dodaję do smoothie bowl – ogólnie podbija wartość śniadań i podwieczorków.

Płatki drożdżowe – to naturalny wzmacniacz smaku i źródło witaminy B. Dla mnie niezbędny dodatek do wegańskich pasztetów i kotletów, szczególnie tych robionych z warzyw z recyclingu. Gdy nie mam ani zwykłego, ani wegańskiego parmezanu, zdarza mi się po prostu posypywać dania płatkami drożdżowymi. Podobno z gotowanych ziemniaków i płatków można zrobić coś na wzrór sera, ale jeszcze nie próbowałam.

Takich dodatków mam jeszcze trochę w zanadrzu, ale te wymienione powyżej, to te, z których korzystam najczęściej. Ale bardzo chętnie posłucham pomysłów na kolejne 😉

  • Jola

    Ziemniaki z płatkami są przepyszne, osobiście dodaję jeszcze kawałek gotowane marchewki po prostu uwielbiam.

    • Ja w końcu muszę spróbować. Za każdym gdy gotuję ziemniaki – zapominam. Myślę, że smaczne może być też z dynią zamiast marchewki. W sumie seler też mógłby być ciekawy.

  • elfik22

    Super post, muszę skopiować parę rzeczy, niby teraz siedząc na macierzyńskim mogę poeksperymentować w kuchni z różnymi smakami, ale że nie lubię gotować to mi to nie idzie. Dlatego lubię tego typu ściągawki. Ten post i o żelaznej podstawie w spiżarce są moimi ulubionymi 🙂