Jakie oszczędności przynosi posiadanie dziecka?

„Pojawienie się dziecka wywraca do góry nogami rodzinny budżet”. „Dziecko to skarbonka bez dna”. „Wychowanie dziecka wiąże się z kosztem rzędu 180tys zł”. Te i wiele innych podobnych haseł można usłyszeć, gdy dyskutuje się z kimś na temat okołodzieciowych finansów. Rozmowy między rodzicami bardzo często dotyczą wydatków, a często przybierają formę niemalże licytacji, kto ostatnio wydał więcej na konsultacje lekarskie, lekarstwa, przedszkole, zajęcia dodatkowe, kolonie i wszelkie inne okazje do wydania pieniędzy.

Nie da się ukryć – dziecko kosztuje. Nawet jeśli ma się bardzo rozsądne podejście do finansów. O tym, ile kosztuje dziecko możecie przeczytać m.in. u Oszczędnickiej. Ja póki co podsumowałam, ile wydaliśmy na wyprawkę, oraz pierwsze miesiące życia dziecka – kwartał I i kwartał II. Podliczyłam także nasze wydatki na ubranka dziecięce.

Ale dziecko to przecież nie tylko koszty. Okazuje się, że decydując się na dziecko możemy także coś zaoszczędzić! Mam trójkę dzieci i przy każdym odpadła mi jakaś kategoria wydatków (tzn. odpadły mi kolejne rozrywki ;))

Alkohol i inne używki

To na początek. Od samego początku ciąży alkohol powinien wjechać na listę produktów zakazanych. Nie powinno się też pić go w okresie karmienia piersią — jeśli dziecko jest łaskawe (albo przesypia noce, albo daje się nakarmić ściągniętym mlekiem, lub też daje się przekonać, że można iść spać i bez piersi) można sobie pozwolić na kieliszek czy też szklaneczkę czegoś z procentami. O ile się oczywiście samemu wcześniej nie zaśnie. Nie ukrywajmy — nawet jeśli dziecko nie jest karmione piersią to picie alkoholu przez któregokolwiek rodzica, jest utrudnione. Kto raz przeżył ból głowy w towarzystwie niemowlaka zawaha się ryzykując kaca.

Podobnie ma się sprawa z papierosami. W sensie podobnie, że powinno się z nich zrezygnować, a nie, że powodują kaca.

Wg GUS w 1017 roku gospodarstwa domowe bez dzieci wydawały średnio 43,53 zł na alkohol i wyroby tytoniowe na osobę. Zakładając nawet, że okres bez alkoholu to tylko ciąża daje to prawie 400zł oszczędności. W rzeczywistości okres bez używek jest znacznie dłuższy, a potem i tak przez dłuższy czas spożycie nie jest za wysokie. Nie mówiąc już o tym, że wyliczenia te dotyczą tylko matki — nie uwzględniają ojca, który nie mając sparingpartnera do wieczornego drinka, też raczej z niego rezygnuje, a po urodzeniu się dziecka wieczorne wypady na miasto także często może policzyć na palcach jednej ręki…

Ja przy mojej trójce dzieci jestem w ciąży lub karmiąca od…prawie 7 lat. Mam więc za sobą wiele miesięcy albo całkowitej, albo prawie całkowitej abstynencji. Biorąc pod uwagę moje spożycie alkoholu przed dziećmi to przez ten czas zaoszczędziłam na używkach ponad 3 tys. zł :).

Dojazdy do pracy

Tutaj ciężko o uśrednienia, bo koszty dojazdu do pracy są bardzo różne. W Warszawie bilet miesięczny kosztuje 110 zł. Zakładając roczny urlop macierzyński na samych dojazdach do pracy można oszczędzić 1320 zł.

Moje oszczędności są większe, gdyż po pierwsze dojeżdżam spoza Warszawy, a poza tym, mimo że do tej pory wracałam do pracy znacznie wcześniej niż po roku, miałam długie okresy pracy z domu, bez dojazdów do pracy. Łącznie w moim przypadku to oszczędność rzędu 7 tys. zł.

W przypadku osób, które do pracy jeżdżą samochodem oszczędności mogą być jeszcze większe.

Lunche w pracy

Nie każdego ta kategoria dotyczy, ale jeśli ktoś je kupny lunch w pracy, to rezygnując z niego bardzo dużo oszczędza. W ciągu roku jest około 250 dni pracujących. Zakładając, że kupny lunch kosztuje 15 zł, zaś przygotowany w domu około  5zł. Roczny macierzyński to oszczędność rzędu 2500 zł.

Ja nie jestem w stanie odtworzyć swoich oszczędności w tej kategorii na przestrzeni ostatnich 7 lat. Przed ciążami wychodziłam na lunch z kolegami z pracy, ale raczej sporadycznie. Po pierwszym powrocie do pracy jeszcze częściej albo jadłam coś swojego, albo (o zgrozo) z jedzenia rezygnowałam by szybciej być w domu. Potem z kolei przyniosłam do pracy maszynę do gotowania ryżu i wiele obiadków gotowaliśmy sobie na miejscu.

Wyjścia wieczorem

To jest ta kategoria wydatków, którą z żalem pożegnałam. Jeszcze gdy mieliśmy tylko jedno dziecko, udawało nam się czasem wyjść. Teraz gdy mamy ich trójkę na razie wieczory spędzamy raczej w domu. Podobnie sytuacja wygląda u wielu rodzin z dziećmi, które znamy — rodzice razem wychodzą tylko od wielkiego dzwonu. Trudno oszacować, jakie to przynosi oszczędności, gdyż zależy to w 100% od stylu życia konkretnej rodziny, ilości wyjść przed dziećmi, sposobu spędzania wieczorów. Jednak patrząc na sytuację niektórych znajomych wiem, że mogą to być ogromne kwoty ;).

W końcu nawet głupie wyjście do kina to koszt wyższy niż miesięczny abonament Netflix 😉

Jedzenie w restauracjach

Zanim mieliśmy dzieci dosyć często stołowaliśmy się w restauracjach. Było to dla nas połączenie przyjemnego z pożytecznym — miło spędzaliśmy czas, a przy okazji odpadała nam konieczność robienia zakupów, gotowania i sprzątania. Obydwoje pracowaliśmy do późna, w związku z czym jedzenie na mieście było dla nas często wybawieniem. Teraz nadal oczywiście jemy w restauracjach; sporo podróżujemy z dziećmi i mimo, że staramy się brać własny prowiant, nie zastępuje on pełnowartościowego posiłku. Ale muszę przyznać, że wizyty w restauracjach z dziećmi to dla mnie zdecydowanie sposób na zapełnienie brzuchów, a nie rozrywka. Naprawdę nie czerpię żadnej radości z jedzenia w biegu, na zmianę i ganiając za aktywnym roczniakiem, w międzyczasie rozsądzając konflikty pozostałej dwójki dzieci. Niedługo (mam nadzieję) nasz najmłodszy pójdzie śladem starszego rodzeństwa i będzie w stanie wysiedzieć w miejscu choć parę minut, ale póki to nie nastąpi unikam stresów i do restauracji idziemy, kiedy musimy. Nawet na wakacjach wolałam poświęcić czas i gotować obiad w apartamencie niż delektować się lokalnymi specjałami w jakiejś przyjemnej knajpie, tylko po to by uniknąć stresów związanych z naturalnymi potrzebami dzieci.

Myślę, że podczas naszego rodzicielstwa oszczędziliśmy w ten sposób dobre parę tysięcy złotych.

Ubrania, fryzjer itp.

Należę do tej grupy matek, co może i nie popylają w dresach, ale na co dzień, siedząc z dziećmi zakładają raczej takie bardziej domowe ubrania i zamiast pójść do fryzjera, gdy włosy nie wyglądają najlepiej…wiążą je w koczek. Muszę przyznać, że po każdym dziecku mówiłam sobie, że następnym razem nie wejdę w ten schemat, ale potem okazywało się, że on mi jednak odpowiada. ; ) I zdecydowanie przynosi korzyści finansowe. Przez rok macierzyńskiego nie musiałam kupować żadnych ubrań, darowałam sobie także wizyty u fryzjera i kosmetyczki. Nie robiłam też prawie nigdy makijażu.

Nie jest to zachowanie, którą chciałabym jakkolwiek propagować. Wręcz przeciwnie — podziwiam zadbane, dobrze ubrane mamy. Ale to jednak nie ja;)

Teraz, gdy wróciłam do pracy, na pewno będę musiała trochę odświeżyć garderobę, co wiąże się oczywiście z kosztami, ale czas na macierzyńskim po prostu pozwolił mi na „donaszanie” niektórych ciuchów, zamiast kupowania nowych.

Podsumowując

Dzieci to źródło rozrywki. Przyczyniają się także do konieczności pogłębiania wiedzy (na temat rozwoju człowieka, wychowania, emocji, sposobów radzenia sobie ze stresem, chorób i profilaktyki, dinozaurów i działania silnika krokowego). Zapewniają zajęcie i nie pozwalają się nudzić. To wszystko sprawia, że odpadają nam prawie wszystkie koszty związane z własną rozrywką, przyjemnościami i relaksem. Ogromna ilość pieniędzy zostaje więc w kieszeni. Jakoś jednak nikt nie docenia tych oszczędności 😉

Podziel się: