Mój żelazny zestaw – co zawsze, ale to zawsze, jest w mojej kuchni

Moje dzieci raczej nie chorują. Od czasu do czasu przypałęta się jakieś przeziębienie lub infekcja wirusowa unieruchamiająca nas w domu na jakiś czas. Bywa też tak, że nie mam ochoty iść gdzieś dalej z wózkiem niż do lasu za domem. Dosyć często mamy niezapowiedzianych lub późnozapowiedzianych gości. W takich sytuacjach przydaje się pełna spiżarnia umożliwiająca ugotowanie paru posiłków lub upieczenie ciasta, bez wychodzenia z domu i robienia dodatkowych zakupów.

Z drugiej strony pełna spiżarnia zwiększa ryzyko, że coś się gdzieś zagubi, przeterminuje lub, że w przechowywanej żywności zalęgną się mole. Dlatego z kolei warto trzymać w niej tylko niezbędne produkty.

Bardzo przydatne jest tu planowanie posiłków — pisałam już, jak to wygląda u nas klik!.

Jeśli planujemy posiłki i raz na kilka dni kupujemy produkty wynikające z tego planu, gwarantujemy sobie możliwość ugotowania posiłków bez ryzyka marnowania się żywności i optymalizując czas i koszty. Niektórzy dążą do tego, by w lodówce mieć tylko jedzenie na najbliższe dni.

Ja dużą część posiłków planuję, a oprócz tego mam tzw. „żelazny zestaw” – produkty, które zawsze mam, i które uzupełniam, gdy tylko się skończą. Pozwoliłyby one na urozmaicony jadłospis przez co najmniej kilka dni — bez żadnej wizyty w sklepie. Możecie prześledzić, jak mniej więcej to wygląda w praktyce na postawie zeszłorocznego posta o tygodniu bez zakupów.

Na co dzień obiady gotuję dla 2.5 osób — dwójki dorosłych i niemowlaka (starsze dzieci jedzą w przedszkolu). Gdy z jakiegoś powodu cała ekipa zostaje w domu, muszę modyfikować swój plan. Po pierwsze niektóre dania, które my lubimy, nie odpowiadają dzieciom. Po drugie plan zakłada dwie osoby dorosłe (plus maluch). Gdy przedszkolaki zostają w domu plan się rozjeżdża. Poza tym dzieciaki zostają w domu najczęściej z powodu jakiejś choroby. U nas infekcja bardzo zawęża repertuar akceptowanych przez dzieci dań — najczęściej do kopytek, krupniku i pomidorowej. Wolę ugotować coś z ulubionych dań i mieć pewność, że coś zostanie zjedzone, niż ryzykować, że posiłek wywoła jakieś dąsy.

Czasami zdarza się też tak, że plany mi się zmieniają w ciągu dnia. Gdzieś jadę, ktoś wpada z wizytą do mnie, dziecko zasypia na mnie unieruchamiając mnie na kanapie na tak długo, że zdążę przeczytać książkę (w te lepsze dni) lub (częściej) cały Internet dwa razy. Wtedy okazuje się, że na ugotowanie obiadu zostaje mi 10-15 minut. Dobrze mieć w domu składniki pozwalające na wyczarowanie obiadu w tak krótkim czasie.

I mam także dni słabości, gdy wszystko jest nie tak, gdy podwozie jest złe i tory…też są złe. Wtedy potrzebuję comfort food. Mój „żelazny zestaw” musi umożliwić mi ugotowanie kilku prostych dań, które poprawiają humor.

Co więc wchodzi w skład mojego żelaznego zestawu?

Mąka — tu raczej nie różnimy się od przeciętnego polskiego gospodarstwa. U nas najczęściej tych mąk jest kilka. Mąkę kupuję przez Internet — orkiszową w worach 5kg (zapas na mniej więcej 2 miesiące) oraz z ciecierzycy (na farinatę, panierki, dodatek do kotletów warzywnych). Z reguły z tyłu szafki mam trochę mąki ziemniaczanej i ryżowej. W okresach, gdy piekę chleb zawsze mam w domu dwa rodzaje mąki żytniej — razową i zwykłą. Inne mąki pojawiają się od czasu do czasu. Ostatnio coraz częściej wykorzystuję gryczaną (świetna do różnych bezglutenowych wypieków). Ale podstawa to mąka orkiszowa/pszenna. Z niej najczęściej piekę ciasta, robię placki i naleśniki.

Kasza — często mam jej kilka rodzajów, ale jako takich awaryjnych, które uzupełniam jak tylko się skończą, traktuję kaszę jaglaną i jęczmienną drobną. Jęczmiennej używam do krupniku, robię z niej kotlety, podaję jako dodatek do dań. Wychodzi z niej także dobry budyń. Kasza jaglana to zbożowy odpowiednik „człowieka orkiestry”. Z niej można zrobić wszystko. Wg niektórych smakuje jak karton (i to niezbyt smaczny), ale ja nie wyobrażam sobie, jak bez niej żyć. Uwielbiam i w wersji sauté i jako podstawa do pasztetów i kotletów, zapiekanek. Robię z niej placuszki, jaglanki, budynie. Dodaję do kruszonki przygotowując crumble.

Olej — mamy zawsze jakiś olej rzepakowy oraz olej kokosowy (zastępuje nam masło w wypiekach, robimy z nim pralinki, świetny do dań typu curry).

Przecier pomidorowy — to taki bezwzględny must-have naszej kuchni. Zużywamy ogromną ilość przecieru pomidorowego. Wielokrotnie uratował nam tyłek, gdy dzieciom trzeba było wyczarować pomidorówkę. Sosy częściowo robię sama, ale mamy tak duże spożycie, że i tak co tydzień musimy kupić chociaż jeden przecier.

Makaron — podstawa naszego wyżywienia, gdy nie ma czasu na gotowanie. Gotujemy makaron, a w międzyczasie tworzy się sos. Podstawą sosu z kolei jest często wymieniony powyżej sos pomidorowy. A sam makaron uzupełnia pomidorówkę z punktu wyżej.

Puszka ciecierzycy — z ciecierzycy robię wszystko. Dorzucam do pomidorówki, do sosu pomidorowego do makaronu, robię z niej burgery, piekę ciasta. Najczęściej ciecierzycę gotuję sama, ale na awaryjne sytuacje w szafce zawsze jest co najmniej jedna puszka konserwowanej. Z wody z ciecierzycy robię beziki lub stanowi podstawę wegańskich ciast.

Miód — używamy bardzo mało cukru i jeśli coś słodzę staram się używać chociaż trochę zdrowszych zamienników. Najczęściej jest to miód. Kupujemy go raz w roku w sporej ilości w zaprzyjaźnionej pasiece i to jest jeden z powodów, dlaczego zawsze mam go w spiżarce.

Płatki owsiane — podstawa śniadań i ciasteczek. Płatków używam też do pasztetów i kotletów oraz robię z nich placki. Gdy nie mam mleka krowiego zastępuje je właśnie owsianym (jest jednym z łatwiejszych do przygotowania).

Ziemniaki — to trochę „nowość” dla mnie. Przez lata unikałam ziemniaków, bo nie lubiłam ich obierać. Teraz mam gromadkę, która chętnie by przerzuciła się na dietę ziemniaczaną. Musiałam się więc z obieraniem przeprosić. Ziemniaki jemy jako dodatek do potraw, w postaci różnego rodzaju placków i kotletów. Bardzo często przerabiamy także ewentualne nadmiary na kluski śląskie, kopytka i inne recyclingowe dania.

Cebula — cóż za uniwersalne warzywo! Jest u nas składnikiem połowy sosów i zup. Dodajemy do sałatek, wytrawnych placków i kotletów. Naprawdę czułabym się niezbyt pewnie, gdyby zabrakło jej w mojej kuchni.

Warzywa korzeniowe/bulion — jednym z moich cotygodniowych rytuałów jest gotowanie bulionu. Pakuję go w butelki na gorąco, a po wystudzeniu chowam do lodówki i zużywam stopniowo. Z reguły oprócz bulionu trzymam kilka marchewek i pietruszkę, by móc coś dodatkowo wyczarować. W zamrażarce mam zielone części pora. W razie czego, jeśli bulion jest zużyty zawsze mam coś, z czego mogę zrobić zupę.

Banany i jabłka — moje dzieci to owocożercy. Jabłka muszą być i koniec. I słusznie — to super zdrowy owoc, który na dodatek jest bardzo uniwersalny i nadaje się do dodawania do wielu różnych dań. Z reguły mam też w domu banany. Najmłodszy zjada je na drugie śniadanie lub podwieczorek, a poza tym słodzę nimi owsiankę lub piekę z nich ciasta.

Jajka — kupuję co tydzień bezpośrednio „z kurnika” od wybieganych, zrelaksowanych kur karmionych zbożem, zielskiem i warzywami. Raz jajek jest mniej, raz więcej, ale w sumie zawsze chociaż jedno zostaje do kolejnego tygodnia. Nie będę wyliczać, do czego używamy jajek. Za dużo by tego było. Uwielbiam jajka. Bardzo dużo naszych posiłków jest wegańskich, ale mimo że umiem zastępować jaja w potrawach nie chciałabym z nich zrezygnować.

Dodatki do zup — to moje fiksum-dyrdum. Zawsze mam w domu coś, co wzbogaci zupę krem — albo prażone pestki dyni i słonecznika, albo grzanki ze starego chleba, albo kiełki, albo chociaż domowe gomasio. I produkuję je wszystkie pod pozorem tworzenia dodatków do zupy, a potem połowę wyjadam jako przegryzki.

Suszone owoce — czasami jest ich więcej, czasami mniej, ale rzadko się zdarza, że nie mamy nawet rodzynek. Suszone owoce świetnie zwalczają głód „na coś słodkiego”, używam ich do wzbogacania owsianki i ciast.

Kiełki/własne zioła — przez cały rok coś u nas rośnie. Latem na tarasie mamy sporą hodowlę różnych ziół, które wzbogacają nasze dania. Zimą i wiosną hoduję w systemie ciągłym kiełki. Nie tylko świetnie nadają się na kanapki, ale można dodawać je do zup i innych dań. Ja bardzo często blenduję je razem z warzywami tworząc pasty na kanapki. Oprócz tego odrastam nać warzyw korzeniowych i hoduję jakąś cebulę na szczypior.

Przetwory — nie zdarzyło mi się byśmy wyjedli nasze zapasy. Niektóre konkretne przetwory znikają, zanim jeszcze zacznie się zima, ale zawsze mam jakiś dżem, gotowy sos, kiszone lub marynowane warzywa. Nie wpisuję ich na listę „żelazną”, bo nie uzupełniam ich po zjedzeniu, ale faktem jest, że przetwory nie raz ratują nam tyłek.

Przyprawy – tych mam z reguły dostatek. Obowiązkowo sól i pieprz, a oprócz tego wędzona papryka, płatki drożdżowe oraz kumin.

Co oprócz „żelaznego zestawu” z reguły mam w spiżarce?

Oprócz powyższych produktów regularnie w mojej lodówce i szafkach goszczą: mleko, jogurt, mleko drożdże, fasola, mleko kokosowe. Oprócz warzyw korzeniowych z reguły znajdzie się u nas jakieś inne warzywo. Podobnie sprawa ma się z owocami. Do niedawna zakupy produktów sypkich (mąki, kasze, strączki, owoce suszone) robiłam raz na jakiś czas w ramach mini-kooperatywy. Oznaczało to, że przez długi czas moja spiżarka była pełna wszelkiego dobra. Od kiedy niedaleko domu mam sklep zero-waste przez Internet kupuję tylko mąkę i kilka wybranych produktów niedostępnych w sklepie. Przeszłam więc od stanu gdy miałam zawsze kilka rodzajów soczewicy, kasz, fasoli, do kupowania strączków i kasz zgodnie z planem posiłków.

Praktycznie codziennie mam też chleb. Zdarzają mi się okresy, gdy ciągle piekę chleby przeplatane czasem, gdy w ogóle mi się nie chce. Gdy nie mamy chleba czasami piekę bułki. Oprócz tego nadmiar chleba mrozimy (pokrojony w kromki).

Co tworzę z naszego „żelaznego zestawu”?

Sposoby wykorzystania produktów, które są musthave‚ami naszej kuchni podałam w wyliczance powyżej.

To, co najczęściej tworzymy, gdy gotujemy z produktów z żelaznego zestawu to:

Śniadania:

owsianka lub jaglanka. Owsiankę gotuję najczęściej na wodzie, ale bywa, że pod koniec gotowania dodaję mleko (mleko także mamy dosyć często, ale umiem bez niego żyć. Tyle że marnie, bo kawę wolę z mlekiem). Dorzucam do niej suszone owoce lub banana. W wersji hardcorowej i banana i suszone owoce. Ostatnio zaczęłam też robić owsianki pieczone, ale ze względu na czas przygotowywania to nie jest rozwiązanie na codzień.

omlety, placki i naleśniki. Uwielbiam je ze względu na szybkość i łatwość przygotowania, a także dużą elastyczność w doborze części składowych. Zasadniczo zawsze jestem w stanie coś z tej grupy przygotować.

Obiady:

krupnik.  Moje dzieci uwielbiają krupnik, a ja lubię krupnik gotować. Zdecydowanie ta zupa to idealne comfort food. Ja zaczynam się czuć lepiej już na etapie gotowania. Podsmażam pokrojone w kostkę ziemniaki i półplasterki marchewki, zalewam bulionem, dodaję kaszę. Solę. Gotuję do miękkości. Posypuję jakąś zieleniną. Gotowe.

pomidorowa. W najprostszej wersji łączę przecier pomidorowy i bulion. Czas gotowania zupy zdeterminowany jest przez rodzaj makaronu, który mamy w domu.

placki ziemniaczane. Robię w różnych wersjach, w tym jednoskładnikowej – rosti z ziemniaków to po prostu usmażone starte ziemniaki. Są przepyszne.

– makaron z sosem. Gdy nie ma czasu na gotowanie robię makaron z sosem pomidorowym. Czasami to mega prosty sos zrobiony z podduszonej cebuli i przecieru pomidorowego

ciecierzyca po bretońsku. Jej, jakie to dobre. Fasolka lub ciecierzyca po bretońsku w wersji wegańskiej jest pyszna — wymaga tylko odpowiednich przypraw. Kluczem do sukcesu jest najczęściej wędzona papryka.

wegetariańskie kotlety. Warzywne kotlety i burgery to moja wielka miłość. To także dania, przy których zaliczyłam chyba najwięcej wpadek. Nie zliczę, ile razy zamiast kształtnych chrupiących kotletów otrzymywałam rozlatującą się breję. Na szczęście taka breja też jest pyszna.

Desery i specjały dla gości

-budyń. Waniliowy budyń na żółtkach i mleku to mój sprawdzony sposób na chandrę. Błyskawicznie koi nerwy. Ale budynie z kasz też są świetne. Czasami wykorzystuję do nich kaszę ugotowaną do innego dania, czasami gotuję specjalnie, by przygotować budyń. Kaszę wystarczy zblendować bardzo, bardzo dokładnie z wybranymi dodatkami. Jaglaną miksuję bananem lub gotuję na mleku kokosowym i z nim blenduję. Do jęczmiennej dodaję czekoladę.

owoce pod kruszonką /crumble. 5 minut roboty, 20 pieczenia i pyszne ciasto wjeżdża na stół. Pokrojone owoce (dowolne, z mojego żelaznego zestawu to jabłka) posypuję kruszonką zrobioną albo z płatków owsianych, albo jakiejś mąki, odrobiny cukru i oleju kokosowego (lub masła). Czasami dorzucam do kruszonki także ugotowaną kaszę jaglaną.

kulki mocy. Tworzę różne wersje kulek, ale chyba najczęściej takie, które za główny wypełniacz mają kaszę jaglaną. Blenduję ugotowaną kaszę z namoczonymi bakaliami. Dosładzam, jeśli trzeba, i formuję kulki, które obtaczam w kakao, wiórkach, posiekanych orzeszkach, nasionach chia.

chlebek bananowy. Pożywne, pyszne ciasto, od którego jesteśmy uzależnieni. Idealny sposób na wykorzystanie przejrzałych bananów. Do tego mega proste i niepracochłonne. Wystarczy wymieszać rozgniecione banany z mąką, sodą, rozpuszczonym tłuszczem (ja robię w wersji z masłem lub olejem kokosowym). Można dodać jajko, ale nie jest konieczne. Czasami dosładzam. Robię w wersji sauté lub z dodatkami — żurawiną, rodzynkami, czekoladą.

prażona ciecierzyca. Ciecierzycę obtaczam w oliwie z przyprawami i odrobiną soli. Po 20-25 minutach w piekarniku otrzymujemy fantastyczną przegryzkę.

Kolacje

pasztet warzywny. W sumie robi się go podobnie jak kotlety, z tą różnicą, że blenduje się wszystko na gładko.

podpłomyki. Wystarczy mąka, woda i patelnia.

jaglanka zapiekana z jabłkami. Nasze dzieci lubią kolacje na słodko. Ryż z jabłkami to moje wspomnienie z dzieciństwa. W wersji z jaglanką jest równie pysznie.

pieczone warzywa korzeniowe. To obowiązkowe danie na wszystkich urządzanych przez nas przyjęciach. Zwykłe marchewki, pietruszki i buraki obtoczone w oliwie z przyprawami po 20-30 minutach w piekarniku zamieniają się w bogate w smaku, rozpływające się w ustach cuda. Uwielbiam. Mogłabym jeść codziennie.

Bardzo zachęcam do utworzenia własnego „żelaznego zestawu”. W dobie szybkich, łatwych zakupów przez Internet wydaje się to być zbędnym magazynowaniem, ale daje spory komfort psychiczny. Nie trzeba o niczym myśleć – baza do ulubionych posiłków zawsze czeka w gotowości.

Zasady tworzenia żelaznego zestawu

Taki żelazny zestaw tworzy się z reguły sam, w oparciu o codzienne nawyki. Warto przeanalizować swój jadłospis, spisać ulubione dania i comfort food. Produkty wchodzące w skład zestawu muszą umożliwiać ich przygotowanie. Ponadto powinny być one łatwe do przechowywania – o długim terminie wazności. Muszą być też uniwersalne – powinny umożliwiać stworzenie różnych dań. Oraz oczywiście muszą być lubiane przez wszystkich członkow gospodarstwa domowego.

Macie taki zestaw produktów, które zawsze u was są? Co wchodzi w jego skład?

  • Z przyjemnością bym poznała przepisy na ciecierzycę po bretońsku u wegetariańskie kotlety. <3

  • Z nieba mi spadłaś z tym spisem <3

  • W ogóle nie gotuję, a że w kuchni mam pustki, to bardzo się ten wpis przyda. Chcę zacząć gotować, ale w tygodniu od 7 do 17, a czasem 18, 19, a nawet 20 jestem poza domem. Może w weekendy się uda.

    • Ja jeszcze przez 3 tygodnie jestem na urlopie, ale potem wracam do pracy i mój dzień także będzie wyglądał podobnie.
      Ale i teraz większość gotowania odbywa się u mnie po 21, gdy dzieci idą spać. Gotuję wtedy zupy lub półprodukty do dań (kasza, fasola), tak że następnego dnia zmontowanie obiadu trwa moment.
      Gdy wrócę do pracy całość gotowania będzie wieczorem. Wieczorem będę także przygotowywać sobie lunch do pracy.
      Spójrz na stronę http://niedzielnykucharz.pl
      Myślę, że bardzo Ci się przyda – znajdziesz tam pomysly i inspiracje, jak w jeden niedzielny wieczór ugotowac obiady na cały tydzień !

  • O, świetny wpis! Większość pokrywa się z moim gotowaniem – jedynie nie możemy coś kasz włączyć do naszej diety. Chyba muszę sobie postanowić, że chociaż raz na tydzień… Ale jak spisujemy plan posiłków to zawsze mamy na coś innego ochotę 😉 Co do zakupów online – masz jakieś ulubione sklepy, czy różnie to bywa? Próbuję ostatnio tak się zaopatrywać, ale niestety mozolne, dłuższe poszukiwania – sprawdzanie składów, cen, gdzie się opłaca – trochę mnie zniechęca.

    • Kasza jest super., ale faktycznie chyba trzeba przełamać jakąś barierę mentalną, by zacząć ją jeść. Kiedyś też raczej nie występowała w naszym menu. Nawet nie wiem dlaczego. Może bałam się gotować ją – może się przypalić, trzeba odmierzać wodę.
      Ale naprawdę warto zacząć wprowadzać ją do swojego menu. Spróbuj może od jakiegoś wyzwania – np. właśnie – chociaż raz w tygodniu.
      Zajrzyj na bloga http://qmamkasze.pl/ – jak sama nazwa wskazuje sporo tam o kaszy. Nie wszystkie przepisy są z jej wykorzystaniem, ale te, w których jest składnikiem powinny do kasz przekonać każdego sceptyka 😉
      Jeśli chodzi o sklepy to w Internecie kupowałam przede wszystkim wszystkie suche produkty. Najczęściej robiłam zakupy w Badapak.pl lub pliczko.pl. W obu robiliśmy duże zbiorcze zakupy ze znajomymi. Teraz nadal kupuję tam mąkę i niektóre suszone owoce. Całą resztę kupuję teraz lokalnie.
      Natomiast w bdsklep.pl kupowałam jakieś bardziej fikuśne rzeczy – melasę karobową, olej kokosowy, syrop klonowy itp. Czasami mają naprawdę niezłe promocje.
      Całą resztę – nabiał, owoce, warzywa itp kupuję tylko lokalnie.

      • Dziękuję za polecenia! I blogowe i sklepów, przyjrzę się dokładniej 🙂 Na początek chciałabym przekonać się do jaglanki, bo tyle rzeczy można z niej zrobić… A u mnie jak już jest to tylko gryczana. Nawet jedyną chyba zupą, której nie robię, bo nie przepadam to krupnik, więc i tak co jakiś czas trafi się gdzieś u rodziców w gościach 😉

        • Najlepiej popróbuj, która smakuje Ci najbardziej. Ja uwielbiam jaglaną, ale doskonale rozumiem, dlaczego niektórym może nie podchodzić.

          A jeśli lubisz gryczaną to i tak jesteś krok przed mnóstwem ludzi, bo to także kasza o kontrowersyjnym smaku. I też można z niej zrobić wiele rzeczy – pierogi nadziewane kaszą i twarogiem, pieróg biłgorajski, świetnie smakuje z dodatkiem prażonego słonecznika, można z niej zrobic pyszne kotlety. Nie mówiąc już o tym, że można z niej usmażyć jednoskładnikowe naleśniki!

          W dzieciństwie wręcz nienawidziłam krupniku. Teraz gotuję go chyba najczęściej ze wszystkich zup. Przy czym mój krupnik ma niewiele wspólnego z tym, który pamiętam z przedszkola i który serwowała mi rodzina. Wtedy to była „szara zupa”. Mój krupnik jest kolorowy, często dorzucam do niego różne dodatki typu fasola.

          • Odkrywasz przede mną nowe smaki! 😀 Pewnie teraz przed potomnym już nie zdążę nic zdziałać nowego (i przez najbliższy okres połogowy), ale przynajmniej mam teraz jakiś punkt zaczepienia 🙂 Gryczaną lubię, ale zazwyczaj łączę ją z cebulką, warzywami, żeby nie była taka „sucha” 🙂 Pierogi kiedyś jadłam, były niezłe i od niedawna jestem też fanką mąki gryczanej 🙂

  • Mam nadzieję, że mąż będzie kreatywny kulinarnie, jakieś tam zapasy produktowe ma… 😀 Jeśli ruchliwość dziecka w brzuchu odzwierciedla po części tą po urodzeniu to będę miała przegrane totalnie, ale łudzę się, że tylko tak się mówi 😉