Jestem mamą. Czy w związku z tym beznadziejnym pracownikiem?

Zawodowa część mojego życia uległa ostatnio dosyć dużej zmianie. Mam inny zakres obowiązków, wykorzystuję inne umiejętności. Wielu rzeczy się uczę, wielu jeszcze muszę się nauczyć — pracuję w nowej działce i pod wieloma względami dużo więcej ode mnie zależy. Ostatnio ktoś, komu opowiadałam o tych zmianach, stwierdził, że mam szczęście, że mogę się rozwijać, gdyż jako matka trójki dzieci najlepszym pracownikiem przecież dla nikogo nie jestem.

Nie powiem, zabolało. Tak — dzieci chorują. Moje akurat dużo rzadziej niż średnia, ale ponieważ jest ich trójka, faktycznie częściej niż w przypadku osób bezdzietnych muszę zostać w domu, by się nimi zająć.

Bywa, że muszę wyjść wcześniej z pracy. Zdarza się, że odmawiam wyjazdu służbowego danego dnia, gdyż w przedszkolu dzieci wystawiają przedstawienie dla rodziców. Nie zliczę, ile razy rozpoczynam pracę, po nieprzyzwoicie małej ilości snu. A wiecie — deprywacja snu niszczy mózg bardziej niż alkohol…

Mimo to uważam, że jestem świetnym pracownikiem. I, że z każdym kolejnym dzieckiem stawałam się jeszcze lepszym.

Pierwsze dziecko — koniec z prokrastynacją

Pierwsze dziecko nauczyło mnie tego, że jeśli jest jakaś chwila na zrobienie czegoś, to trzeba ją wykorzystać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będzie na to kolejna okazja. Te wszystkie nieugotowane obiady, gdy zakładałam, że przy garach stanę podczas drugiej drzemki, a ta drzemka nie nadchodziła; te porządki, co to miały odbyć się wieczorem, a wieczór okazywał się być czasem na wiszenie na mamie; te odwołane spotkania z koleżankami, bo coś. Lekcje, które z tego wyciągnęłam, sprawiły, że po pierwszym urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy jako osoba dużo bardziej zorganizowana, efektywna i potrafiąca zrobić niewiarygodną ilość rzeczy w krótkim czasie. Dzięki kilku miesiącom ogarniania dziecka, domu, remontu, stałam się mistrzem multitaskingu i precyzyjnego wykorzystywania czasu.

Drugie dziecko — delegowanie zadań

O ile jako mama jednego dziecka nauczyłam się, że często, jeśli nie zrobię czegoś od razu, być może nigdy tego nie zrobię, to powiększenie mojego stadka do dwójki pomogło mi uświadomić sobie, że wielu rzeczy po prostu nie dam rady zrobić sama. Pieczenie urodzinowego tortu z jednym dzieckiem na ręku i drugim ciągnącym za nogawkę, bo chce, by mu czytać; choroby, gdy nie wiadomo kogo najpierw przytulać, podawać wodę, a przecież jeszcze jakoś trzeba lekarstwa kupić i ugotować coś na obiad i trzecie pranie wstawić.

Nauczyłam się skutecznie delegować zadania oraz prosić o, i przyjmować pomoc. To umiejętności niewiarygodnie ważne w każdej pracy wymagającej współpracy z innymi ludźmi. Po powrocie byłam kilkukrotnie lepsza w przydzielaniu zadań, wybieraniu co mam zrobić ja, a co inni.

Trzecie dziecko — nie wszystko trzeba zrobić.

Gdy już wiedziałam, że wszystkiego dobrze nie zrobię sama i, że zadania trzeba mądrze delegować, narodziny trzeciego dziecka uświadomiły mi, że niektórych rzeczy nie należy robić ani samemu, ani za pomocą innych😂.

Po powrocie moje umiejętności zarządzania ludźmi były kilkakrotnie wyższe niż przed urlopem macierzyńskim. Nie mam tendencji to tzw. mikromanagementu, wiem, komu jakie zadanie przydzielić i wiem, że często trzeba powiedzieć „nie, nie, tego nie zrobimy”. Jestem bardziej asertywna i potrafię bronić interesów swoich i innych.

Naprawdę, żadne kursy, żadne lektury, żadne teoretyczne rozważania nie nauczyły mnie tak wiele w zakresie zarządzania czasem i ludźmi, jak moje własne dzieci. I zrobiły to prawie bezinteresownie. A przynajmniej nie intencjonalnie. I za darmo 😂.

Może za cenę utraty części komórek nerwowych. Ale najwyraźniej tych słabszych 😂.

Jestem mamą i w związku z tym najlepszym pracownikiem, jakim kiedykolwiek mogłabym być. Howgh!

Podziel się: