Ile kosztuje utrzymanie dziecka – drugi kwartał życia – podsumowanie

Z lekkim poślizgiem (no co, wiosna jest taka piękna 😉 ) publikuję zestawienie kosztów związanych z pojawieniem się naszego najmłodszego dziecka. Tym razem II kwartał jego życia – ostatni, gdy takie zestawienie łatwo zrobić, gdyż żywiony był tylko moim mlekiem. Od momentu rozpoczęcia rozszerzania diety będę posługiwała się raczej szacunkami …

Dążenie do Zero Waste – Część 1. – Dzieci

Nie pamiętam kiedy po praz pierwszy uslyszałam o ruchu ZeroWaste, czyli dążeniu do produkowania jak najmniejszej ilości śmieci (dążącej do zera) i unikaniu plastiku i przedmiotów jednorazowych. Na pewno jednym z pierwszych miejsc, z których korzystałam był rewelacyjny blog Kornelii Orwat – Kornelia O. Na blogu znajdziecie wyzwanie – Rok bez Marnotrastwa, które jest bardzo zbieżne z ideą Zero Waste. Zadania Kornelii są z jednej strony dosyć wymagające, ale równocześnie takie bez spiny – nie ma tam przesady i niepotrzebnych skrajności, które mogą przestraszyć początkujących.

W każdym razie, gdy zaczęłam czytać o Zero Waste, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że siedzę w tym po uszy 😉 Naprawdę rzadko okazuje się, że jestem gdzieś w mainstreamie, a tu taka niespodzianka 😉  Między innymi, gdy czystałam bloga Kornelii okazywało się, że kolejne wyzwania mogę odhaczyć bez żadnego wysiłku, gdyż w zadany sposób zachowuję się od dawna, często z zupełnie innych pobudek, niż próba ograniczenia odpadów. Zero Waste i zwykła gospodarność, czy oszczędność mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego.

Z drugiej strony, było sporo obszarów, gdy nadal produkowaliśmy bardzo dużo śmieci. Przez ostatni rok poczyniliśmy ogromne postępy w tej dziedzinie. Na pewno jestem daleko w tyle za mistrzami i słoik śmieci generujemy raczej w tydzień (a bywa, że i w połowie dnia mamy tyle), niż rok (jedna z prekursorek i propagatorek ruchu Bea Johnoson produkuje wraz z rodziną tylko słoik śmieci rocznie), ale gdy w „śmieciowy dzień” idę swoją ulicą widzę, że naszych worków jest znacznie mniej i są mniej wypełnione niż u innych rodzin, mimo, że odrobinę przekraczamy średnią, jeśli chodzi o ilość członków gospodarstwa domowego. Co więcej – nasze śmieci to głównie te segregowane; odpadków tzw. zmieszanych produkujemy na tyle mało, że nawet nie mamy na nie kosza w domu – pojedyncze sztuki wynosimy bezpośrednio do kontenera na zewnątrz.

Zebrałam nasze sposoby na ograniczenie ilości odpadków i podzieliłam je na kilka sekcji. Każdą z nich opiszę w osobnym poście. Dziedziny te to:

  • Dzieci
  • Kuchnia
  • Sprzątanie
  • Kosmetyki
  • Podróże
  • Zakupy
  • Wszelkie inne 😉

W tym wpisie zajmę się tematem dzieci i śmieci generowanych przez nie.

Zero Waste – Dzieci

Zanim an dobre wkroczyliśmy na drogę zero-waste zrobiłam audyt śmieciowy i okazało się, że u nas w domu to właśnie okołodzieciowe sprawy generują najwięcej śmieci.

Pieluchy

Gdy zaczęliśmy ograniczać ilość generowanych przez nas śmieci okazało się, że mimo iż poczyniliśmy wielkie postępy nasz kosz na odpadki zmieszane nadal po dwóch tygodniach wypełniał się prawie w całości. Wypełniał się…pieluchami jednorazowymi. Uświadomiłam sobie wtedy, że przez cały okres pieluchowania dziecko generuje 1.5-2 ton odpadów w postaci pieluch jednorazowych. A są to odpady szkodliwe i bardzo długo rozkładające się (ponad 500 lat!). Dlatego postanowiłam, że musimy przejść na pieluchy wielorazowe. Muszę przyznać, że od decyzji do wykonania minęło trochę czasu (więcej możecie przeczytać w dedykowanym wpisie ). Dopiero po częściowym przejściu na pieluchy wielorazowe zauważyliśmy znacząco zmniejszoną ilość śmieci. Zachęcam wszystkich do zastąpienia chociaż części jednorazówek i zastąpienie ich pieluszkami wielorazowymi, chociaż przyznaję, że wymaga to trochę wysiłku i samozaparcia.

Chusteczki do pupy

Chusteczki nie stanowią jakiegoś dużego procenta odpadów, jednak staram się minimalizować także ich użycie – tym razem głównie ze względu na dobro pupy dziecka, a nie życie zgodne z ideą zero-waste. Chusteczek używamy gdy gdzieś wychodzimy, na spacerach, a także czasami w domu. Zamiast nich myję po prostu pupę niemowlaka pod kranem lub używam flanelki spryskanej wodą.

Kosmetyki dziecięce

Bardzo ograniczam użycie jakichkolwiek kosmetyków dla dzieci. Do niedawna nasz najmłodszy syn kąpał się bardzo często w samej wodzie, teraz gdy rozszerzamy mu dietę i samą wodą ciężko byłoby go domyć, używamy tego samego, delikatnego kosmetyku, co starsze dzieci. Oprócz żelu do mycia używamy tylko olejku migdałowego, który kupuję w szklanej butelce; tego samego olejku używa w razie potrzeby cała rodzina – smarowaliśmy nim buzie podczas mrozów, na jego podstawie kręciłam też własne kremy. Żel do mycia, który kupujemy nie jest bardzo zero-waste, gdyż zapakowany jest w butlę plastikową; jest jednak dosyć wydajny, a używamy go do mycia całego ciała i włosów. W przypadku dzieci moim zdaniem mydła w kostce średnio się sprawdzają, gdyż dzieci mają tendencję do bardzo szybkiego zmydlania ich(przynajmniej moje – może trzeba było im nie puszczać Fasolek i piosenki „Mydło wszystko umyje”, gdyż chyba za bardzo się nią zainspirowali), ale rozważam produkcję własnego mydła w płynie dla nich. Oprócz tego nasze dzieci używają pasty do zębów – zupełnie nie zero-waste.

Leki i suplementy

Nasze dzieci prawie nie chorują. Staramy się wspierać ich odporność odpowiednią dietą i sporą dawką ruchu na świeżym powietrzu; w połączeniu z dobrymi genami 😉 i łutem szczęścia udaje nam się przeżyć sezon zimowo-jesienny z zaledwie kilkoma lekkimi przeziębieniami. W naturalny więc sposób udaje nam się ograniczyć ilość lekarstw a tym samym opakowań po nich. Dzieciaki dostają przez cały rok tran (latem ciut mniej skrupulatnie), pakowany w szklane butelki. Niemowlak dostaje witaminę D z buteleczki z atomizerem, a niedługo pewnie dołączy do frakcji tranowej 😉

W przypadku chorób podajemy tylko niezbędne, przepisane przez lekarza leki – nie kupuję żadnych syropków typu gliceryna+ słodzik. Podaję dzieciom napary z ziół, żelki z soków owocowych, witaminę C kupowaną w kilogramowym opakowaniu, dostosowuję dietę dzieci, tak by wspomagała walkę z przeziębieniem. Do lekarza idę z listą leków posiadanych w domu (zapraszam do wpisu na ten temat – klik), tak by raczej wykorzystać to, co już mamy zanim się przeterminuje niż kupować kolejny, podobny lek.

Do odkażania ran używam srebra koloidalnego kupowanego w szklanej butelce. Przelewam je do buteleczki z atomizerem. Służy ono nam także do leczenia wszystkich niewidocznych (w tym wyimaginowanych) obrażeń – takie psiknięcie zastępuje nam praktykowane przez wielu rodziców przyklejanie plastra.

Ubrania

O naszym podejściu do kupowania ubrań możecie przeczytać w poście temu przeznaczonym. W skrócie – oprócz butów, skarpetek, czy bielizny nie kupujemy naszym dzieciom prawie nic. Wyjątkiem są jakieś awaryjne sytuacje, konieczność posiadania ubrania w określonym kolorze ze względu na jakieś przedstawienie, w którym występują, lub gdy dziecku bardzo zależy na określonym ubiorze. Mamy ze znajomymi krąg wymiany i przekazujemy sobie wszystkie ubrania, z których wyrastają nasze dzieci i które są jeszcze w odpowiednim stanie. Ubrania zbyt zniszczone, by je komuś przekazać używane są do szycia pluszaków, jako materiał do różnych prac plastycznych dzieci lub wrzucane do kontenerów na nie przeznaczonych.

Zabawki

Gdybyście nas odwiedzili pewnie ciężko byłoby w to uwierzyć, ale…nie kupujemy też prawie wcale zabawek. Dzieci są teraz tak często obdarowywane zabawkami, że nawet jeśli my im prawie nic nie kupujemy, mają ich mnóstwo. Gdy ma się trójkę i więcej dzieci suma zabawek otrzymanych z okazji urodzin, świąt i przeróżnych okazji, jest zatrważająca. Muszę przyznać, że jeszcze musimy popracować nad mądrym pozbywaniem się nadmiaru w tej kategorii, ale cieszę się, że sami zbytni nie przyczyniamy się do powstania góry niechcianych i nieużywanych zabawek.

Sprzęt sportowy

Z wyjątkiem jednego roweru (babcia nas wyprzedziła) wszystkie jeździdła kupiliśmy dzieciom używane. Małe rowerki i hulajnogi starczają dzieciom na mniej więcej rok-dwa lata – nie zdążą się więc zniszczyć, a w razie czego drobne prace konserwatorskie, których wymagają są z reguły łatwe do wykonania. Podobnie ma się sprawa z sankami – naprawdę nie ma problemu by kupić je używane w bardzo dobrym stanie.

Jeśli chodzi o narty, to póki co korzystaliśmy z wypożyczalni; gdy dzieci podrosną i noga przestanie im rosnąć w tak szalonym tempie prawdopodobnie kupimy im własne buty narciarskie; same narty pewnie nadal będziemy wypożyczać.

Książki

Tu leżymy na całej linii, na szczęście w sumie książki rzadko stają się odpadem. Oczywiście zdarza się, że się zniszczą, ale w sumie nie kojarzę żadnej książki, która uleglaby takim zniszczeniom, że nadawałaby się tylko na makulaturę. Książki dla dzieci są u nas w każdym pomieszczeniu, nie wyłączając łazienek. Kupuję ich bardzo dużo – nie jestem w stanie powstrzymać się od zakupu nowości wydawniczych i klasyki literatury dziecięcej. Zapisaliśmy się wszyscy do biblioteki, ale nasze dzieci są jeszcze w wieku, gdy bardzo przywiązują się do przedmiotów, a poza tym lubią wracać do przeczytanych już lektur. Żeby więc uniknąć ciągłego przedłużania jakiejś książki lub awantur, że koniecznie musimy przeczytać jakąś dawno już zwróconą lekturę wolę je póki co kupować. Ale mam nadzieję, że wkrótce nasze statystyki korzystania z biblioteki poprawią się.

Raczej nie kupuję typowych kolorowanek i książek z naklejkami, chyba, że kolorowanie i naklejki są tylko dodatkiem i książka ma wartość sama w sobie i może być używana dłużej.

Prace plastyczne

Dziecięca energia twórcza wymaga bardzo dużo materii. Nie chcę ograniczać dzieci w tej dziedzinie, ale staram się by ich prace plastyczne generowały jak najmniej śmieci

  • o ile nie powstaje właśnie „dzieło życia” staram się podsuwać dzieciakom kartki zadrukowane z jednej strony – mimo starań nadal mamy ich dużo – a to jakieś faktury, żądania opłacenia podatku, informacje z banku.
  • czasami jednak pada żądanie czystej, nowej kartki. Nie odmawiam, staram się jednak kupować na te okazje papier z recyclingu. Jeśli dzieci dostają czystą kartkę są nauczone by pokrywać ją rysunkami  z obu stron (chyba, że wizja artystyczna na to naprawdę nie pozwala)
  • daję także dzieciom do malowania pudła i kartony, w których przychodzą do nas różne paczki
  • gotowe rysunki i malunki wykorzystujemy do innych prac plastycznych – wyklejanek, origami, ostatecznie kończą jako paper mache
  • sama produkuję wszystkie masy plastyczne dla dzieci – od ciastoliny, poprzez piasek kinetyczny, piankolinę, a skończywszy na masie solnej i suchej porcelanie. Sporo lepimy też po prostu z gliny, lub po prostu – pieczemy ciastka. Masy staramy się przechowywać w szczelnych opakowaniach, dzięki czemu starczają na długo
  • używamy kleju z mąki i wody
  • kupiłam farby plakatowe w półlitrowych butlach. Gdy nadchodzi czas malowania nalewam wybrane kolory na paletki. Farby mamy ponad 3 lata i jeszcze nie udało nam się ich do końca zużyć
  • do malowania rękami używamy farb własnej produkcji barwionych za pomocą barwników spożywczych
  • do prac plastycznych zachowuję rolki po papierze toaletowym, zniszczone ubrania, sznurki, różnego rodzaju opakowania

Żywienie niemowląt

Wszystkie moje dzieci były karmione piersią. Powody były zupełnie inne, niż próba ograniczenia śmieci, ale z pewnością zaoszczędziliśmy w ten sposób nie tylko sporo pieniędzy, ale i nie przyczyniliśmy się do zwiększenia ilości różnych odpadów. Moje dzieci nie jadły także gotowych kaszek, ani posiłków w słoiczkach (kilka słoiczków najstarszy syn dostał na wyjazdach i w pierwszych miesiącach rozszerzania diety, gdy ja już wróciłam do pracy). Dietę dzieci rozszerzaliśmy metodą BLW (Baby Lead Weaning/Bobas Lubi wybór) – od pierwszego posiłku podawaliśmy im na stoliku całe lub pokrojone, ugotowane warzywa i owoce. Ta metoda nie jest do końca zero-waste, bo o ile rzeczywiście nie generuje dodatkowych opakowań, to na początku rozszerzania diety straty materii organicznej są ogromne 😉 Przy każdym dziecku żałowałam, że nie mam jakiejś zapieluszkowanej kury, która chodziłaby wokół krzesełka i wyłapywała wszystko co z niego wyleci 😉 Natomiast w dłuszej perspektywie BLW pozwala zmniejszyć ilość marnowango jedzenia. Gdy dziecko opanuje już jako tako koordynację oko-ręka, coraz mniej jedzenia zaczyna trafiać wszędzie dookoła, a więcej w miejsce ku temu przeznaczone. Mamy też mniejsze szanse wychować niejadka, gdyż od małego dziecko uczy się zdrowych nawyków żywieniowych, a same spożywanie posiłków dobrze mu się kojarzy. Poza tym gotujemy dla całej rodziny i nie ma potrzeby przygotowywać osobnego posiłku dla dziecka.

Żywienie starszych dzieci

Moje dzieci nie są niejadkami, ale nie zawsze chętnie wszystko jedzą. Wiele osób propagujących BLW sugeruje, że dzięki tej metodzie rozszerzania diety nasze dzieci będą bardzo otwarte na nowe smaki i chętnie będą jadły prawie wszystko, co się im poda. Niestety w przypadku moich dzieci (i wielu innych, które znam) nie zadziałało to w ten sposób (winne są prawdopodobnie procesy ewolucyjne, które nakazują dzieciom, które już jedzą same, ale jeszcze nie wszystko ogarniają, ograniczyć dietę do tego co znane i bezpieczne). Do mniej więcej drugiego roku życia moje dzieci faktycznie chętnie sięgały po dania wszystkich kuchni świata, ale od czasu wejścia w wiek przedszkolny zdecydowanie preferują kuchnię polską i to moim zdaniem w takim PRL-owym wydaniu. Nie walczę z tym. Zachęcam do próbowania i odkrywania nowych smaków, ale główne posiłki gotuję zgodnie z ich preferencjami. Zdarzają się więc tygodnie, gdy na obiad mamy na zmianę pomidorową i krupnik, a na śniadanie owsiankę siedem razy pod rząd. Z perspektywy osoby gotującej to straszna nuda, ale chociaż mam (prawie) pewność, że wszystko zostanie zjedzone i nic się nie zmarnuje.

Dzieciom nakładam na talerz dosyć małe porcje – wolę by poprosiły o dokładkę, niż coś zostawiły. Czasami oczywiście nie ma możliwości dokładki – wtedy najczęściej dopasam ich owocami.

Jeśli dziecko nie zje swojej porcji najczęściej zostawiam ją po prostu na następny posiłek, lub przerabiam na coś (np z owsianki robię ciastka). Więcej o przerabianiu napiszę we wpisie dotyczącym Zero Waste/gospodarności w kuchni

Jeśli jemy w restauracji dopytuję się obsługi o wielkość porcji i w zależności od tego kupuję im albo całe danie, albo dzielę je między nich. Jeśli dzieci chcą zjeść coś innego dopytuję się o możliwość zamówienia połówki dania. Przy składaniu zamówienia sprawdzam aktualne preferencje dzieci dotyczące dodatków typu pietruszka/koperek (u nas zmieniają się one z dnia na dzień, a nawet z posiłku na posiłek) i proszę kelnera o zaznaczenie, czy danie ma być czymś posypane, czy nie. Nie jesteśmy typem najłatwiejszego klienta restauracji, ale mam nadzieję, że widok dzieci pałaszujących swój posiłek rekompensuje kilka dodatkowych pytań na etapie składania zamówienia.

W okresie niemowlęcym dzieci dostawały część posiłków w plastikowych miseczkach, a picie w plastikowych kubkach lub bidonie, jednak gdy tylko ryzyko, że naczynie zostanie zrzucone na podłogę zmniejszało się, zaczęliśmy im serwować posiłki na takich samych talerzach, jak nasze. Zaliczyliśmy chyba tylko jedną wpadkę. W każdym razie na pewno ja mam gorsze statystyki zniszczeń  zastawy stołowej, niż moje dzieci.

W tym roku kupiliśmy dzieciom metalowe rurki do picia. Nie zabieramy ich nigdzie ze sobą, ale są dosyć intensywnie wykorzystywane w domu. Każdy koktajl lepiej smakuje lepiej pity przez rurkę. Piekę więc dwie pieczenie na jednym ogniu – nie tylko ograniczam użycie plastikowych słomek, ale i zmniejszam ryzyko marnowania żywności, gdyż przez ładną rurkę (my mamy do wyboru kila kolorów – czarny, srebrny, złoty i miedziany) nawet koktajl z jarmużu pięknie wchodzi ;).

Podróże/wycieczki

Do większości wycieczek staramy się przygotować by uniknąć kupowania dzieciom picia i przegryzek. Dzieci mają swoje bidony, z reguły biorę też wielorazową butelkę wypełnioną wodą na wypadek gdyby ktoś wypił całą wodę z bidonu, lub gdyby zdarzył się jakiś wypadek i woda w tajemniczych okolicznościach wylałaby się. Nasze bidony są akurat plastikowe; gdybym kupowała je teraz wybrałabym metalowe. Ale nasze plastikowe żyją juz trzeci sezon i mają się dobrze, także nie spodziewam się by szybko skończyły jako śmieci.

W restauracjach prosimy o niepodawanie słomek do picia. Zdarzają nam się wpadki, gdy zapomniemy o zastrzeżeniu dotyczącym rurek, lub dzieci, mimo edukacji w tym zakrsie zażądają ich. Bywa też tak, że na koniec wizyty w restauracji obsługa daje dzieciom jakieś lizaki lub cukierki. Na razie nie znalazłam sposobu aby z tym walczyć.

Zdarza nam się niedoszacować potrzeby żywieniowe dzieci lub wycieczka jest organizowana na tyle spontanicznie, że nie ma czasu organizować domowych przegryzek. Kupujemy je więc po drodze – staramy się wtedy by były jak najbardziej w duchu zero-waste, ale różnie to wychodzi. Wolę kupić coś w opakowaniu niż mieć jatkę w samochodzie, gdyż wiadomo, że głodne dziecko to złe dziecko 😉

Zakupy/drobiazgi/słodycze/gadżety

Wiem, a właściwie widzę w sklepach, że wielu rodziców ma problem z zakupami impulsowymi dzieci- okolice kas w sklepach obładowane są batonikami, cukierkami, drobiazgami dla dzieci. Większość z nich zdecydowanie nadmiernie opakowana. W takich okolicznościach, gdy rodzic odmawia zakupu potrafią się dziać prawdziwie dantejskie sceny. Nie przypominam sobie byśmy kiedykolwiek mieli taki problem (ale wiadomo, pamięć rodzica bywa zawodna ;)). Po prostu nigdy nic takiego nie kupujemy. Od małego dzieci są przyzwyczajone, że w sklepie kupujemy to, co zaplanowaliśmy i nigdy nie kupujemy słodyczy (z wyjątkiem gorzkiej czekolady), w związku z tym nigdy niczego nie żądają. Z moich obserwacji wynika, że dzieci opierają się na sile precedensu bardziej niż amerykańskie prawo, więc staramy się unikać precedensów 😉 Nasze dzieci naciągają nas na bułki, obwarzanki i owoce, ale nie mamy problemu z batonikami i innymi słodyczami, udaje nam się więc uniknąć niepotrzebnych śmieci nawet gdy zakupy robimy z dziećmi. Nie oznacza to, że nasze dzieci słodyczy nie jedzą – od czego w końcu ma się dziadków 😉 , ale pracujemy nad edukacją również w tej dziedzinie i widzę już pierwsze sukcesy.

Unikamy przedmiotów codziennego użytku w dziecinnym wydaniu, a już w szczególności – obrandowanych, lub z rysunkami licencjonowanymi. Nie znajdziecie więc u nas kubków z Zygzakiem McQueenem, lub plecaka z Elzą. Dzieciom szybko zmieniają się preferencje i chcemy uniknąć sytuacji, gdy jakiś przedmiot wydzie z użytku tylko dlatego, że ma ma niewłaściwy nadruk. Troszkę inaczej wygląda sprawa z ubraniami – ponieważ nie kupujemy, a dostajemy, nie mamy zbytniego wyboru – mamy więc sporo koszulek z różnymi postaciami z kreskówek. Większości z nich moje dzieci w ogóle nie rozpoznają. Poza tym cykl wymiany ubrań ze względu na wyrastanie jest na tyle krótki, że nie ma ryzyka, że jakaś bluzka przestanie być noszona tylko dlatego, że postać nie jest już na topie.

 

Mam nadzieję, że udało mi się kogoś zainspirować i przekonać, że można ograniczyć ilość śmieci nawet jeśli ma się dzieci. A jeśli chcecie zgłębić tajniki zero-waste zachęcam was do lektury bloga naszego polskiego guru ruchu zero-waste – Kasi Wągrowskiej – Ograniczam Się, a także lekturę jej książki „Życie zero-waste”. Jest też kilka Facebookowych grup poświęconych idei zero-waste – są nieocenioną kopalnią pomysłów przydatnych, gdy ilość śmieci chcemy zmniejszyć, a także gdy myślimy o ponownym wykorzystaniu przedmiotów, które z róznych powodów nie mogą już pełnić swojej pierwotnej funkcji.

 

 

 

Pieluszki wielorazowe a oszczędzanie

O nowoczesnych pieluchach wielorazowych usłyszałam po raz pierwszy gdzieś w połowie okresu pieluchowania najstarszego syna. Przeczytałam, uznałam za interesujące zjawisko ale… zupełnie nie dla nas 😁. Gdy na świat przyszła nasza córka powróciłam do tematu, poczytałam jeszcze więcej, poznałam trochę osób, które wielopieluchowały swoje dzieci i uznałam, że to naprawdę …

Jak dawać dziecku kieszonkowe?

We wpisie o edukacji finansowej dzieci zasugerowałam, że podstawą sukcesu tj. nauczenia dziecka zarządzania budżetem jest możliwość działań praktycznych związanych z pieniędzmi. A to najłatwiej osiągnąć wręczając dziecku kieszonkowe. To ile dziecku dajemy zależy przede wszystkim od jego wieku i potrzeb, a także naszych oczekiwań, co dziecko powinno z tego …

Ile kosztuje karmienie piersią

To, że karmienie piersią jest najlepszym możliwym sposobem żywienia niemowląt raczej nie budzi wątpliwości. Jasne jest także, że w porównaniu z mlekiem modyfikowanym karmienie piersią jest znacznie tańsze. W przypadku karmienia mlekiem modyfikowanym rodzice wydają na nie w samym pierwszym roku życia dziecka minimum 1000 zł. I podaję tu tylko …